Wczytuję...

FORTUNA Z LIGA FANÓW!

Do grona naszych Partnerów dołączyły Zakłady Bukmacherskie FORTUNA! Jakie profity z tym są związane, co Wy jako uczestnicy, sympatycy zyskacie?

ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE

Nie masz zespołu? Chciałbyś zagrać w Lidze Fanów? Uwielbiasz piłkę nożną? Wychodzimy naprzeciw waszym oczekiwaniom i proponujemy komfortowe rozwiązanie!

LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA…

Masz Telefon, Tablet i aktywne konto Google ? Sprawdź jak łatwo skonfigurować powiadomienia dla materiałów Video z kanału Liga Fanów TV.

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

FORTUNA Z LIGA FANÓW!
ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE
LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA NA YOUTUBE
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

RAPORT MECZOWY - LATO 2020 - KOLEJKA 1.

25
Cze

Jak dobrze wrócić na boiska! To były długie tygodnie rozbratu z futbolem. W historii rozgrywek to całkowity ewenement, który przez 20 lat istnienia nigdy nam się nie wydarzył. Jak to wszystko wpłynęło na waszą formę, komu przybyły kilogramy po kwarantannie, kto po pierwszej koleje zajmuje zajął fotel litera ? Zapraszamy Was po długiej przerwie na obszerne podsumowanie pierwszej kolejki Ligi Fanów!

RAPORT MECZOWY - LATO 2020 - KOLEJKA 1.


LIGA 1

LTM Warsaw podszedł do rywalizacji z Karmelicką jeszcze nie do końca skoncentrowany, bowiem już po kilkunastu sekundach przegrywali 0-1 po bramce Daniela Purchalaka. Parę minut później nieco się otrząsnęli po tym szybkim ciosie, kiedy to po przebitce mocnym strzałem wyrównał Michał Krasucki. Karmelicka ponownie wyszła na prowadzenie, tym razem po składnej dwójkowej akcji Trzciński – Purchalak. Goście po tym golu cofnęli się do defensywy, pozwalając na rozgrywanie piłki LTM-owi i licząc na kolejne kontry. Nie do końca to się udawało, ale trzeba też przyznać, gdy Karmelicka traciła gola, dość szybko potrafiła ponownie wyjść na prowadzenie. Do przerwy gracze w pomarańczowych strojach wygrywali 2-3. Po zmianie stron na 3-3 wyrównał Michał Dryński, posyłając piłkę do siatki ładnym lobem, ale chwilę później Karmelicka ponownie trafia na 3-4. Od tego mementu napór gospodarzy wzrastał, jednak albo nie potrafili trafić w światło bramki, albo dobrze spisywał się bramkarz rywala. Do pewnego czasu. Z boku boiska Kamil Kuczewski posłał wysoką piłkę, golkiper Karmelickiej źle obliczył tor lotu piłki, ta trafia do Maksa Himela, który spokojnie, uderzeniem z powietrza kieruje futbolówkę do siatki. Skoro zadziałało raz, LTM przeprowadził identyczną akcję, którą tym razem wykończył Dawid Pigiel. Zespół Irka Webera miał w końcu korzystny wynik, co było też widać po większej swobodzie w grze. Gospodarze strzelili kolejną bramkę, a wynik na 7-4 ustalił Krasucki po indywidualnej akcji Dryńskiego.

Zapowiadaliśmy w meczu Contry z FC Hazard 86 spore emocje i nie pomyliliśmy się. O ile walki na boisku było dużo, szczególnie w pierwszych minutach meczu, o tyle widać było, że długa przerwa sprawiła, że nie wszystko graczom obu ekip wychodziło tak jakby chcieli. Gospodarze nie do końca dysponowali składem, który oglądaliśmy w poprzednim sezonie. Brak Aleksandra Szyszki i Dawida Bieli sprawił, że w ofensywie zespół Michała Raciborskiego nie wyglądał tak, jak nas do tego przyzwyczaił. Hazard miał solidny skład i widać, że ta ekipa szykuje się na powrót do Ekstraklasy, a liga wakacyjna ma być etapem przygotowań do powrotu do elity. Na początku spotkania żadna z drużyn nie mogła narzucić swojego stylu gry. Mnożyły się faule, a gra była szarpana. Na prowadzenie Hazard wyprowadził Adrian Bartkiewicz , który silnym strzałem nie dał szans Maciejowi Antczakowi. Contra miała swoje okazje, ale dopiero w końcówce pierwszej połowy po znakomitej zespołowej akcji Adrian Bucki znalazł receptę na bramkarza rywali. Po zmianie stron nikt nie potrafił wypracować sobie przewagi. Mimo że oba teamy miały swoje szanse, to brakowało skuteczności. Gdy wydawało się że remis w tym spotkaniu stanie się faktem, obrońca gospodarzy popełnił prosty błąd pod swoim polem karnym z czego skorzystał Kamil Bassa i mamy wynik 1:2. Contra w końcówce naciskała i dążyła do wyrównania ,ale nie znalazła sposobu na pokonanie Franciszka Teodorczyka. Po ostatnim gwizdu cenne trzy punkty trafiają do ekipy Michała Malińskiego.

Mecz Anonymmous z Papadensami był dla obu ekip swoistym sprawdzianem możliwości. Głodna sukcesów drużyna Maćka Miękiny, z nieco odświeżonym składem, kontra zawodnicy Dominika Podlewskiego, którzy pamiętali słabą końcówkę poprzedniego sezonu i chcieli jak najszybciej powrócić do rewelacyjnej formy z początków występów w Ligi Fanów. Już 2 minucie meczu przekonaliśmy się, że nie będzie to łatwym zadaniem, a transfer Damiana Patoki do ekipy Anonimowych był strzałem w dziesiątkę. Pierwsza połowa spotkania nie obfitowała w bramki, ale obie drużyny grały rozważnie, doskonale wiedząc, że każda bramka w tym spotkaniu może być na wagę zwycięstwa. W efekcie Anonymmous zdołali strzelić jeszcze 2 razy i schodzili na przerwę z bezpiecznym prowadzeniem 3:0. Druga połowa to już powolny, ale skuteczny demontaż ekipy Papadensów. Anonimowi grali dynamiczne, przeprowadzali zespołowe akcje z dużą ilością podań i małą ilością strat. W 35 minucie było już 7:0 i dało się odczuć, że tego dnia Papadensy nie mają pomysłu na skuteczne przebicie się przez obronę Anonimowych, choć nie można im odmówić walki w tym meczu. Ostateczny wynik 9:0 pokazuje, że jeśli Anonimowym uda się utrzymać taką frekwencję przez całą rundę letnią, to najwyższe miejsce na podium wydaje się być w zasięgu ekipy z Bemowa. Dla Papadensów zimny prysznic na początek sezonu może okazać się dodatkową motywacją do walki w kolejnych spotkaniach.

W przedmeczowych zapowiedziach twierdziliśmy, że po spotkaniu FC Kebavity z Cykaczami możemy spodziewać się wszystkiego. W meczu nie zabrakło ani emocji, ani boiskowej walki. Burak Can zebrał na ten mecz bardzo solidny skład i spodziewaliśmy się, że goście będą dominować na boisku od początku spotkania, ale to Cykacze już w 6 minucie objęli prowadzenie. Podanie Filipa Woźnicy na bramkę zamienił Piotr Płatek i gospodarze dostali wyraźny znak, że łatwo nie będzie. Kolejne minuty to napór Kebavity na bramkę Tomka Cymermana, ale bramkarz Cykaczy świetnie wywiązywał się ze swojego zadania. Dopiero w 16 minucie poległ po strzale Moatasema Aziza. Za to chwilę później popisał się piękną paradą i zablokował strzał z dystansu, który już widzieliśmy w siatce gospodarzy. Chwilę przed przerwą żółtą kartkę otrzymuje zawodnik Cykaczy, ale Kebavita nie wykorzystuje przewagi. Wynik 1:1 utrzymuje się do przerwy. Chwilę po rozpoczęciu drugiej połowy Cykacze znów zostają ukarani żółtym kartonikiem, ale tym razem Azamat Quitpiddinov trafia do siatki i Kebavita wychodzi na prowadzenie. Chwilę później Kamil Majorek trafia na 3:1 i choć walki na boisku nie zabrakło do ostatniego gwizdka, to wynik już się nie zmienił i Kebavita wywozi z tego trudnego spotkania ważne 3 punkty.

W starciu Chłopców z Bródna z FC Górką liczyliśmy na wyrównany mecz i wynik, choć wskazuje na znaczącą dominację gospodarzy, wcale nie odzwierciedla do końca tego co się działo boisku. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana i długo musieliśmy czekać na otwarcie wyniku. Duża w tym zasługa golkiperów, a zwłaszcza Damiana Kaczmarczyka, jednego z najlepszych fachowców na swojej pozycji w lidze, którego znamy z występów w East Windzie. Obie drużyny miały swoje okazje, ale Górka nie potrafiła pokonać Bartka Masiaka, z kolei Chłopcy z Bródna byli w elemencie skuteczności wręcz perfekcyjni i zasłużenie na przerwę schodzili z trzybramkową przewagą. Po zmianie stron szybko pada następny gol dla ekipy Sebastiana Ulewicza. Goście stwarzali sobie kolejne okazje i wreszcie, po wielu nieudanych próbach, Piotr Wardzyński przełamuje niemoc strzelecką swojego teamu. Gospodarze jednak w tym dniu są świetnie dysponowani, a szczególnie aktywni w ofensywie są Krystian Szularz i Robert Bajdała. Padają kolejne bramki i tym razem Górka nie jest wstanie odwrócić losów spotkania. Honorowe trafienia w końcówce zaliczają Przemysław Dolega i Szymon Maruszewski ,ale zmniejsza to jedynie rozmiary porażki. Po końcowym gwizdku mamy ostatecznie wynik 8:3 i pierwsze punkty w sezonie jadą na Bródno.

LIGA 2

W pierwszym spotkaniu w ramach 2 ligi Mixamator podejmował Truskawkę Na Torcie. Spodziewaliśmy się, że dla ekipy Tomka Cymermana będzie to ciężki mecz i sprawdzian możliwości na nowym poziomie rozgrywkowym. Już 5 minucie Kamil Gadomski wyprowadził gospodarzy na prowadzenie, ale chwila nieuwagi w obronie skończyła się golem dla Truskawki. Wypuszczoną przez bramkarza piłkę dobija Aszot Galstyan i po 10 minutach mamy remis. W tym momencie liczyliśmy na wyrównane spotkanie, ale 3 minuty później potężnym strzałem z dystansu bramkarza Truskawki pokonał Bartek Nowodworski, który chwilę później wykorzystał daleki wyrzut golkipera Mixów i strącił piłkę głową do siatki przeciwnika. Dalszy przebieg meczu można określić jednym słowem - egzekucja. Mixamator dokładał kolejne bramki, a bezradni goście nie mogli nawet znaleźć drogi pod bramkę przeciwnika. Choć walczyli dzielnie, wynik do przerwy 8:1 dobitnie oddaje to, co działo się na boisku. Nie dało się nie zauważyć frustracji Tomka Cymermana, ale tego dnia po prostu przeciwnik zagrał świetny mecz, w którym w pełni zdominował jego ekipę. Druga połowa to już pełna kontrola ze strony Mixamatora, który mógł sobie pozwolić na spokojne utrzymanie przy piłce i przeprowadzanie koronkowych akcji. Do tego defensywa gości nie miała najlepszego dnia, parokrotnie prezentując napastnikom Miksów okazje do podwyższenia wyniku. Ostatecznie gospodarze w drugiej części trafiali jeszcze pięciokrotnie i pewnie pokonali ekipę Truskawki i zgarniając łatwe 3 punkty.

W kolejnym meczu Niezłomni podejmowali drużynę Złączonych. Gospodarze jeszcze bez swojego najlepszego zawodnika Tarasa Kobliuka, co dawało nadzieję zespołowi z Grodziska na korzystny wynik w tej rywalizacji. Niezłomni jednak od pierwszych minut narzucili swoje tempo gry. Debiutujący w bramce Złączonych Paweł Jadczak już na samym początku musiał popisać się paroma dobrymi interwencjami. Nie mógł jednak wszystkiego bronić w nieskończoność, choć pierwszy puszczony gol był dość przypadkowy. Po bardzo silnym uderzeniu w poprzeczkę piłka trafia pod nogi Mykoli Melnyka i kapitan zespołu z Ukrainy otwiera wynik meczu. Później na 2-0 bardzo ładnym uderzeniem z dystansu podwyższa Artur Korianov i takim wynikiem kończy się pierwsza część. Po zmianie stron Piotr Gipsiak bierze los Złączonych we własne ręce, a raczej nogi i po fenomenalnym strzale z dystansu łapie kontakt z przeciwnikiem. Wydawało się, że mecz idzie w dobrą stronę dla zespołu z Grodziska. Dodatkowo jeden z graczy Niezłomnych zostaje ukarany żółtą kartką i przez 3 minuty gospodarze grali w osłabieniu. W tym momencie Niezłomni pokazali, że byli lepszą drużyną. Mimo braku jednego zawodnika Mykola Melnyk drybluje bez większych przeszkód pomiędzy przeciwnikami i trafia na 3:1. Niezłomni wyprowadzają kolejne celne ciosy i odskakują z wynikiem na 5:1. Ostatni zryw Złączonych to dwa kolejne trafienia Pawła Gipsiaka, dzięki którym ten zawodnik skompletował hat-tricka, ale na zdobycie choćby punktu zabrakło już czasu...

Gdy zawodnicy Narodowego Śródmieścia rozgrzewali się na arenie Grenady, przez chwilę zastanawialiśmy się czy przypadkiem nie prowadzimy rozgrywek 11-osobowych. Kadra jaką Marek Szklennik zebrał na mecz z Drunk Teamem robiła wrażenie. Wydawało się, że kwestią czasu będzie to, kiedy Śródmieście zabiega swojego rywala. Początkowo gospodarze nie mogli się wstrzelić, a też dobrymi interwencjami parokrotnie popisywał się Marek Łukaszewicz. Podczas pierwszej połowy Narodowe co prawda miało przewagę, ale nie była ona aż tak wielka, na jaką się zapowiadało. Z kolei w Drunk Teamie próbował z przodu szarpać Łukasz Walo, ale na niewiele to się zdało. Jedyną bramkę w pierwszej odsłonie zdobył Bartosz Kierszak, mocnym uderzeniem z dystansu. Po zmianie stron gospodarze kilkukrotnie strzelali na bramkę Drunkersów ale bez powodzenia. W końcu na 2-0 podwyższył Paweł Orzechowski i powoli stawało się jasne, że goście raczej punktów będą musieli szukać w kolejnych meczach. Śródmieście trafiło do bramki rywala jeszcze dwukrotnie za sprawą Damiana Talarka i Adama Biegaja. Bramkarz Śródmieścia w drugiej części nie miał za wiele pracy, większość akcji rywala było skutecznie kasowane przez obrońców. Marek Szklennik może być zadowolony: dobrze zaczął sezon, a wygrana 4-0 może napędzić zespół na dalszą część rozgrywek. Mamy nadzieję że Drunk Team zbierze na następny mecz lepszy i szerszy skład, zwłaszcza że w lidze letniej mają ich wspomagać zawodnicy Tylko Zwycięstwo.

Mecz Wiernego Służewca i Kanonierów rozpoczął się od szybkiej bramki dla gości. Na pewno nie takiego początku spodziewali się gospodarze. Z czasem mecz się nieco wyrównał, ale to Kanonierzy podwyższyli wynik spotkania ponownie trafiając do siatki. Wierny nie pozostał dłużny i jeszcze przed przerwą zdobył bramkę do szatni dającą nadzieję na lepszy rezultat w dalszej części meczu. Z rzutu wolnego podawał Hubert Wolak a precyzyjnym strzałem popisał się Piotr Jankowski. Po przerwie Kanonierzy ruszyli do bardziej zdecydowanych ataków: m.in. trafiając w poprzeczkę. Było to tylko ostrzeżenie dla Wiernego, bo po paru minutach Jakub Nowak znalazł już drogę do siatki. Chwilę później było już 1-4 po golu Mateusz Nejmana. Na to trafienie odpowiedział Adam Żychliński wykorzystując sam na sam, ale to tylko rozsierdziło rywala, który raz za razem odbierał chęci do gry Wiernemu zdobywając kolejne bramki. Być może pomogła im w tym burza, która rozszalała się nad areną Grenady sprawiając, że pogoda do gry była iście angielska. Dobre zawody po stronie Kanonierów rozegrali Mateusz Nejman i Jakub Nowak najlepsi strzelcy swojej drużyny. Wierny jeszcze w pierwszej połowie jakoś się prezentował, ale potem błędy w obronie i nieskuteczność w ataku sprawiły, że zawodnicy Piotr Gratkowskiego nie mogli marzyć choćby o punkcie. Kanonierzy natomiast świetnie debiutują w Lidze Fanów, a jak sami przyznają, w tym sezonie mierzą w mistrzostwo.

Na zakończenie pierwszej kolejki mieliśmy prawdziwe meczycho, czyli Warszawska Ferajna vs Lujwaffe Tarchomin. Obie ekipy znane są z tego, że na ich meczach nie brakuje emocji i tak też było i w tym przypadku. Pierwsze minuty spotkania były bardzo zacięte. Z czasem inicjatywę przejęli goście, którzy o mały włos, po strzale głową, nie wyszli na prowadzenie. Na ich nieszczęście piłka odbiła się od słupka. Pierwszą bramkę zdobyła za to Ferajna, a wynik spotkania otworzył duet Surgot-Pietrzak. To tylko zmotywowało Lujów do znacznie większego wysiłku. Jeszcze w pierwszej połowie w zamieszaniu w polu karnym najlepiej odnalazł się Kuba Kublik, który zdobył wyrównującą bramkę. Na przerwę schodziliśmy więc z wynikiem 1:1. Po zmianie stron Warszawska Ferajna jakby kompletnie straciła koncentrację, ponieważ zaraz po gwizdku rozpoczynającym drugą część spotkania straciła bramkę. Nie minęło kilka minut, a gospodarze przegrywali już 1:4. W takich właśnie sytuacjach mogą liczyć na swojego lidera Kacpra Domańskiego, który po raz kolejny udowadnia, że potrafi dać impuls swoim kolegom. Od zdobycia czwartej bramki Lujwaffe ustawiło się bardzo głęboko, co wykorzystywali rywale. Mimo świetnej dyspozycji Aleksa Janickiego, drużyna Warszawskiej Ferajny z minuty na minutę była co raz bardziej groźna i systematycznie odrabiała straty. Przy wyniku 4:4 wydawało się, że pójdą za ciosem, jednak zabrakło im czasu. Już nikt nie strzelił bramki i mecz zakończył się podziałem punktów. Jesteśmy przekonani, że jeśli oba zespoły popracują nad utrzymaniem koncentracji przez całe spotkanie, to mogą wygrać z każdym, kto stanie na ich drodze.

LIGA 3

Mecz Junaka z Deportivo la Chickeno w początkowej fazie był bardzo chaotyczny. Zespoły po tak długiej przerwie w graniu nie były w stanie konstruować składnych akcji. Pierwsi z letargu obudzili się goście. Konrad Szkopiński po indywidualnej akcji pokonał Andrzeja Groszkowskiego i mieliśmy wynik 0:1. W dalszych minutach meczu oglądaliśmy sporo sytuacji i strzałów lecz niewiele z nich leciało w światło bramki, przez co bramkarze nie mieli za wiele pracy. Dużo ciekawsza była druga odsłona. Junak nareszcie zaczął stwarzać zagrożenie pod bramką rywali i Jacek Rakowski, po odbitej piłce przez bramkarza, wyrównuje wynik meczu. Niestety radość w sztabie Krzyska Krzewińskiego trwała krótko. Ten sam zawodnik chwilę później fauluje przed polem karnym napastnika Czikenów, który wychodził sam na sam z bramkarzem i dostaje czerwoną kartkę. Na domiar złego z podyktowanego rzutu wolnego pada gol. Gospodarze jednak nie rezygnują. Mimo osłabienia dzielnie się bronią i po jednej z kontr i błędzie w komunikacji Łukasza Gumuli z obrońcą ponownie udaje się zremisować. Deportivo dąży jednak do zwycięstwa i po składnej akcji Konrad Szkopiński kompletuje hat-tricka trafiając na 2:3. W końcówce kapitalną sytuację marnują zawodnicy Junaka i ostatecznie pierwsze punkty wędrują na konto drużyny Mateusza Tarnowskiego.

W spotkaniu Jogi Bonito z Riversami decydująca o wyniku spotkania była pierwsza połowa. Początkowo lepsze wrażenie sprawiali podopieczni Grzegorza Szostaka. Stworzyli sobie kilka dobrych okazji, jednak szwankowała skuteczność. Riversi stopniowo się rozkręcali i grając uważnie w defensywie czyhali na kontry. Na przestrzeni całej pierwszej odsłony Joga atakowała, natomiast bramki strzelali goście. Lotny bramkarz, który miał być atutem gospodarzy wcale nim nie był, choć trzeba przyznać, że w kilku sytuacjach uratował drużynę z opresji i starał się rozgrywać piłkę od tyłu. Do przerwy mamy wynik 1:4. Po zmianie stron zawodnicy Jogi starali się odrabiać straty. Świetnie jednak w tym dniu był dysponowany bramkarz FC Rivers Tomasz Chmielewski, który bronił kapitalnie. Dobrze prezentowali się nowi zawodnicy w zielonych koszulkach, którzy dołączyli do Riversów w tej rundzie i widać, że będą wzmocnieniem drużyny Leszka Parzniewskiego. Joga w pewnym momencie złapała kontakt z rywalami i grała o wiele lepiej niż w pierwszych 25 minutach, ale ostatecznie punktów w tym spotkaniu nie udało się zdobyć. Końcowy wynik brzmiał 3:5 i gdyby na początku goście zagrali trochę lepiej, a przede wszystkim skuteczniej, to wynik mógłby być korzystniejszy. W drużynie gości widać było zespołowość i każdy z zawodników dożył cegiełkę do pierwszego zwycięstwa w lidze wakacyjnej.

W kolejnym meczu letniej edycji Ligi Fanów ALPAN podejmował ekipę Bękartów Warszawy. W zapowiedziach stawialiśmy na drużynę gospodarzy, która na mecz stawiła się w solidnym składzie i spodziewaliśmy się, że inicjatywa od pierwszych minut będzie po stronie ekipy Rafała Dębskiego. Tym bardziej szokujące wydaje się, że już w 1 minucie meczu gola zdobyli podopieczni Sebastiana Domańskiego. Pierwsza akcja meczu, wymiana dwóch podań i strzał Adama Józefowskiego wprawił w osłupienie zawodników ALPAN-a. Ci szybko otrząsnęli się z pierwszego szoku i już w 3 minucie Michał Podobas pokonuje bramkarza Bękartów i mecz rozpoczyna się od nowa. Zawody nabierają tempa, obie ekipy walczą o każdy centymetr boiska, a w 8 minucie na prowadzenie znów wychodzą Bękarty po celnym strzale Marcina Górkiewicza. Chwilę później wynik podwyższa Damian Kalista, a ALPAN odpowiada trafieniem Armanda Jankuć-Rudzkiego i do szatni schodzimy z wynikiem 2:3. Początek drugiej połowy to niemalże kalka pierwszej minuty spotkania. Znów szybka akcja w wykonaniu zawodników gości i znów Adam Józefowski nie daje szans Grzegorzowi Macowi. ALPAN się nie poddaje, a jego ciągłe ataki zwieńcza w końcu bramka Marcina Kowalskiego, który wykorzystuje precyzyjne podanie Damiana Borowskiego. Tym samym gospodarze łapią kontakt na 3:4. Niestety dla gospodarzy, chwilę nieuwagi w obronie wykorzystuje Aleksander Bendkowski i Bękarty znów wychodzą na dwubramkową przewagę. ALPAN rzuca się do rozpaczliwej pogoni, w 41 minucie gola zdobywa Damian Borowski, ale ostatecznie brakuje czasu na wyrównanie, a zmęczeni gracze Bękartów dowożą korzystny wynik do końca.

Orzeły Stolicy w swoim pierwszym spotkaniu w lidze wakacyjnej zmierzyły się z UN Mate Team. Problem gospodarzy polegał na tym, że zawodnicy nie wiedzieli czego mogą się spodziewać po debiutującej w Lidze Fanów drużynie, złożonej głównie z Argentyńczyków. Początek był dla nich zaskakujący, ponieważ goście dwukrotnie pokonali Jarosława Boliboka i tym samym wykorzystali moment dekoncentracji przeciwników. Atutem drużyny Janka Wnorowskiego było to, że są trochę bardziej doświadczeni w naszej Lidze i to zaważyło o tym, że mimo falstartu potrafili odwrócić losy tego spotkania. Już na przerwę schodzili z wynikiem 4:3, a postawa w bramce Jarka Boliboka tylko podbudowała cały zespół przed oczekiwaną drugą połową. Po zmianie stron sytuacja wydawała się być pod kontrolą Orzełów, które nie pozwoliły się sprowokować rywalom, mimo kilku przewinień. Prym w drużynie gospodarzy wiodło kilku zawodników i to był ich największy atut w tym spotkaniu, ponieważ każdy dołożył cegiełkę do zwycięstwa. W drugiej części Orzeły dołożyły jeszcze dwie bramki, nie tracąc przy tym żadnej. Pomimo słabego początku udaje się wygrać z UN Mate Team 6:3. Dla Argentyńczyków było to na pewno trudne spotkanie, z uwagi na to, że był to ich debiut, więc w drugiej kolejce presja powinna być zdecydowanie mniejsza i możemy spodziewać się większej ilości bramek ze strony tego zespołu. A kto wie, może przełoży to się też na pierwsze punkty w lidze?

Do niezwykle zaciętego spotkania doszło pomiędzy FC Nova Group i Zakonem Bonifratrów. Wiedzieliśmy, że obie drużyny walczą na całego od pierwszej do ostatniej minuty i tym razem było podobnie. Pierwsza połowa w wykonaniu gospodarzy była niestety do zapomnienia. Podopieczni Piotra Radelczyka nie potrafili stworzyć zagrożenia pod bramką Zakonników. Goście grali nieco lepiej i raz po raz zatrudniali Rafała Michalaka, który szczególnie na początku meczu musiał kilka razy ratować swój zespół z opresji. Jednak po jednej z akcji Zakonu nie miał szans i goście wyszli na prowadzenie. Wynik 0-1 utrzymał się do przerwy. Po zmianie stron gospodarze starali się wyrównać. Gra wyglądała już znacznie lepiej, ale brakowało wykończenia. Akcje ofensywne napędzał Daniel Makus, lecz widać było ile dla drużyny znaczy super snajper Łukasz Wirski, którego zabrakło na placu w tym spotkaniu. Swoją drogą kapitalnie zaprezentował się nowy bramkarz Zakonu Tomasz Kryszpin, który nie tylko świetnie interweniował, ale skutecznie dyrygował całym blokiem obronnym. Po jednej z kontr Zakonu duet braci Kurowickich przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny ustalając wynik spotkania na 0-2. Zasłużenie trzy punkty trafiają do gości, którzy potwierdzają, że będą walczyć o wysokie miejsce w tej lidze. Nova Group jeżeli zagra równe dwie połowy to na pewno w kolejnych meczach ma szanse na punkty.

 LIGA 4

Na pierwszego gola w lidze letniej nie musieliśmy długo czekać. Zdobywcą historycznej bramki był występujący w Diabła Trzeci Róg Mateusz Pawlik, który dosłownie w pierwszych minutach spotkania skierował piłkę do siatki, która po drodze jeszcze odbiła się od słupka. Na odpowiedź Munji nie musieliśmy długo czekać. Po dwójkowej akcji Skwarczyński – Sztajerwald gospodarze wyrównali. Przez większość pierwszej połowy to Diabły kreowały akcje w ataku pozycyjnym, a Munja raczej nastawiała się na kontrataki. Większość z nich udawało się powstrzymać, ale w końcu Michał Konopka wyszedł sam na sam z bramkarzem i pokonał Mikołaja Grzelaka. Gdy wydawało się że obie ekipy zejdą na przerwę przy prowadzeniu Munji, długą piłkę zagraną w pole karne strącił Mateusz Pawlik i po pierwszej części mieliśmy 2-2. Po zmianie stron ponownie na prowadzenie wyszli gospodarze. Przy stanie 3-2 groźnie wyglądającej kontuzji nabawił się Maciek Affek, i na bramce Munji musiał stanąć zawodnik z pola. Nie miał on jednak za wiele pracy, grające cały mecz w sześciu Diabły nie stworzyły już sobie 100% sytuacji, natomiast rywale, korzystając z ich coraz większego zmęczenia, jeszcze dwukrotnie skierowali piłkę do siatki. Munja po całkiem niezłym dla oka meczu wygrywa 5-2.

Mecz Playboys Warszawa z Virtualnym Ń był pojedynkiem młodej krwi z ligowymi weteranami. Gospodarze przystępowali nieco speszeni poziomem poprzedniego spotkania rozgrywanego na Arenie Grenady, ale trema ustąpiła bardzo szybko, zastąpiona młodzieńczym polotem i zaangażowaniem. Wprawdzie już w 3 minucie Wojciech Kalinowski wyprowadził Virtualnych na prowadzenie, ale na odpowiedź Playboys czekaliśmy zaledwie 120 sekund. Kolejne minuty to nieskuteczne ataki gości i równie nieskuteczne kontry ze strony gospodarzy. W 13 minucie snajper zielonych Szymon Kolasa pokonuje bramkarza Playboys, ale paradoksalnie od tego momentu to drużyna Kuby Tworka przejęła pełną inicjatywę. Najpierw trafia Mateusz Szymczak, a chwilę później Mikołaj Kosieradzki oraz Michał Wasilewski pokonują Tomasza Gawraczyńskiego i gospodarze schodzą na przerwę z prowadzeniem 4:2. Prowadzenia tego nie oddali już do końca meczu. W drugiej połowie ich przewaga rosła z każdą minutą, a Virtualnym zabrakło nie tylko pomysłu na grę, ale też kondycji, jakby nie wybudzili się jeszcze z międzysezonowego letargu. Trzeba przyznać, że to nie by dzień dla ekipy Marka Giełczewskiego, bo nawet jeśli udało im się przebić przez obronę Playboys razili nieskutecznością w wykończeniu, ale zabrakło też szczęścia, bo aż pięciokrotnie obili słupek bramki Kacpra Górniaka. Ostateczny wynik 12:3 to świetny start dla graczy Playboys, natomiast Virtualni muszą wrócić do formy, którą zwykli prezentować w lidze.

Przed pierwszym starciem BRD Young Warriors i Przypadkowych Grajków nie potrafiliśmy wskazać zdecydowanego faworyta tego spotkania i mimo, że nie trafiliśmy z typem w przedmeczowych zapowiedziach, to potwierdziło się, że dyspozycja dnia może okazać się kluczowa w tym rozdaniu. Drużyna gospodarzy mimo niesprzyjającej pogody bardzo dobrze rozpoczęła spotkanie i już na początku była o krok od strzelenia bramki, jednak Mateusz Tuzin zapobiegł stracie gola. Po kolejnych akcjach świadomość, że ma się za plecami tak pewny punkt drużyny, bardzo dobrze wpłynęła na zawodników Przypadkowych Grajków. Wynik spotkania na 0:1 otworzył po rajdzie Maciej Krupiński. W odpowiedzi kapitalnym strzałem z rzutu wolnego popisał się Rafał Sienicki, który zerwał pajęczynę z bramki golkipera Przypadkowych Grajków. Do przerwy wynik, mimo intensywnej gry obu zespołów, nie uległ zmianie i było 1-1. W drugiej połowie temperatura spotkania zdecydowanie wzrosła, mimo śliskiej murawy żaden z zawodnik nie odpuszczał ani na krok, co doprowadziło do kilku ostrzejszych starć. Po przerwie przewaga zarysowała się po stronie gości, którzy byli znacznie skuteczniejsi od przeciwników. Mimo wywieranej presji BRD Young Warriors, nie mogli sforsować zasieków obronnych rywala. Nie pomógł nawet podłączający się z bramki Adrian Kłoskowski, który pomagał przy rozprowadzaniu piłki w ataku pozycyjnym. Mecz zakończył się wynikiem 1:4 i tym samym Przypadkowe Grajki dali odwet za poprzednią porażkę z BRD Young Warriors z października 2019.

W kolejnym spotkaniu zapowiadał się nam mecz walki, w którym nieznacznym faworytem miała być drużyna Mikstury. Zgodnie z oczekiwaniami, to właśnie gospodarze rozpoczęli spotkanie przy Estadio Picassa od mocnego uderzenia. Już w 4' minucie byliśmy świadkami pięknej bramki autorstwa Mateusza Pawlika, którego uderzenie przed wpadnięciem do bramki odbiło się od obu słupków bramki strzeżonej przez Michała Piątkowskiego. Mikstura poszła za ciosem i już w 11' minucie było 2:0. Tym razem bramkarza gospodarzy pokonał Patryk Zych. Zespół FC Po Nalewce nie składał jednak broni i dążył do strzelenia bramki kontaktowej. Ta sztuka udała się zaledwie 120 sekund później, kiedy to rzut karny na bramkę zamienił Marcin Wiktoruk. Do końca pierwszej połowy byliśmy świadkami jeszcze jednej bramki dla Nalewki i na przerwę schodziliśmy z wynikiem 2:2. Druga odsłona nie przypominała dość wyrównanych zawodów z pierwszej części spotkania. Był to okres dominacji gospodarzy, a kolejne bramki wpadały w tempie ekspresowym. Zaowocowało aż dwoma hat-trickami - Rafała Jochemskiego oraz Mateusza Pawlika, swoje dwie bramki dorzucił też Tomasz Uzarski. Budzą uznanie również 4 asysty niezastąpionego Patryka Zycha, który udowodnił, że drużyna z nim w składzie wchodzi na wyższy poziom. FC Po Nalewce odpowiedziało tylko jednym trafieniem, co stanowiło zdecydowanie za mało, by odmienić losy meczu. Zdobywcą honorowego trafienia w drugiej połowie był Dominik Wojciechowski. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 10:3, a Mikstura zasygnalizowała, że po wpadce z jesieni, dąży do powrotu na premiowane medalami miejsca.

Mecz Saskiej Kępy z Furduncio Brasil był prawdziwym sprawdzianem dla drużyny gości - pierwszy raz mieli okazję zmierzyć się z zespołem, który na rozgrywkach Ligi Fanów zjadł zęby. Z tego powodu też Brazylijczycy weszli w ten mecz bardzo zmotywowani, od pierwszych minut dążąc do wyjścia na prowadzenie. Ta sztuka udała im się już w 3' minucie, kiedy to bramkę na 0:1 zdobył Rafael Andrade. Podrażniona drużyna gospodarzy odpowiedziała świetną akcją, która została zakończona atomowym uderzeniem Kamila Łukasika. Strzał został jednak sparowany na słupek przez Adama Czerwińskiego. W kolejnych minutach trwała walka w środku pola, obie drużyny dochodziły do dogodnych okazji. Kwadrans po pierwszym gwizdku, strzał z przewrotki Luciano Sant'any trafił w poprzeczkę, a Saska wyszła z kontratakiem, który na bramkę zamienił Sebastian Sitek i mieliśmy już remis 1:1. Stracona bramka nie wyprowadziła Brazylijczyków z równowagi - grali swoje i szybko doszli do kolejnych okazji. Najpierw w 18' minucie bramkarz Saskiej Kępy musiał skapitulować po potężnym uderzeniu z rzutu wolnego Ismiley Maia. W ostatniej akcji pierwszej połowy Pedro zdobył bramkę na 1:3. W drugą odsłonę lepiej weszli goście - dwie szybkie bramki pozwoliły im odskoczyć na komfortowy wynik 1:5, który utrzymywał się przez długą część tej odsłony. Nie znaczy to, że drużyna z Pragi Południe nie miała swoich okazji - Adam Czerwiński był tego dnia w świetnej formie i niweczył wszystkie plany Saskiej Kępy. Ostatecznie bramkarz Furduncio Brasil skapitulował ponownie dopiero w 43' minucie spotkania, kiedy wynik meczu był już przesądzony. Do momentu końcowego gwizdka gracze z Kraju Kawy jeszcze trzykrotnie pokonali Tomasza Bojura, ustalając wynik spotkania na 2:8.

LIGA 5

Spotkanie FC Vikersonn i Landtechu było dla gospodarzy debiutem w Lidze Fanów, a jak wiemy „Techy" to niełatwy przeciwnik. Na nieszczęście obu ekipom przyszło grać w fatalnych warunkach pogodowych, co miało duży wpływ na przebieg meczu. Pierwszy gwizdek rozległ się w strugach gęstego deszczu, który szybko zalał boisko uniemożliwiając dynamiczną grę. Przez pierwsze minuty zawodnicy starali się dostosować do warunków i rzadko mogliśmy oglądać składne akcje w ataku. Dopiero w 13 minucie Patryk Nowicki pokonał bramkarza gospodarzy, wyprowadzając Landtech na prowadzenie, które udało się utrzymać aż do przerwy. Dopiero w drugiej połowie spotkanie nabrało rumieńców. 27 minuta to druga bramka Patryka, który wykorzystał podanie Damiana Gałeckiego, a minutę później kapitan gospodarzy Yevhenii Kyrii strzelił premierowego gola dla swojej ekipy. Landtech znany z zabójczych końcówek wziął się ostro do roboty, szybko dołożył dwa trafienia i przy prowadzeniu 1:4 skupił się na bronieniu wyniku. Zawodnicy Vikersonna nie poddali się, atakowali do końca, ale już tylko Landtech trafiał do siatki. Końcowy wynik na tablicy 1:6 oddaje boiskowe doświadczenie drużyny gości. Dla zawodników z Ukrainy przetarcie w Lidze Fanów nie wyszło rewelacyjnie, ale patrząc ogólnie na ich grę możemy spodziewać się, że jeszcze „odpalą" w tym sezonie.

Świetne wejście w nowe rozgrywki zanotowała Awantura Warszawa. Rywalizowali oni z debiutującą w naszych rozgrywkach drużyną Vistuli Varsovia, dla której inauguracja nie wypadła zbyt dobrze. W pierwszej połowie zespół Alberta Zimocha całkowicie zdominował rywala, nie pozostawiając mu zbyt dużego pola manewru. Vistula nie potrafiła przebić się przez obronę przeciwnika, w pierwszej części nie stworzyła sobie zbyt wielu okazji strzeleckich i na przerwę schodziła z zerowym dorobkiem bramkowym. Za to Awantura grała bardzo swobodnie, co i rusz niepokojąc golkipera rywali. Do przerwy mieliśmy pewne prowadzenie gości 0-8. Wiadomo, że niekiedy przy wysokim wyniku drużyna prowadząca nieco się rozluźnia. Wykorzystali to zawodnicy Vistuli i Oskar Jąder dwukrotnie asystował kolegom z drużyny: pierwszą, historyczną bramę dla swojego zespołu w Lidze Fanów zdobył Aleksander Goebel, drugą zaś kapitan zespołu Bartłomiej Pawluczuk. Nie zmieniło to jednak obrazu meczu. Awantura grając na luzie i bez presji powiększała systematycznie swoją przewagę . Prawdziwy popis skuteczności dał Sebastian Dominiak, który ze szwajcarską precyzją wykorzystywał swoje sytuacje, trafiając do siatki aż dziewięciokrotnie. Awantura pokazała że jest w formie, ale musi to jeszcze potwierdzić w kolejnych meczach. Natomiast Vistula nie powinna przejmować się tak wysoką porażką. Z doświadczenia wiemy, że z każdym meczem gra powinna wyglądać coraz lepiej, a wtedy przyjdą i lepsze wyniki.

Równie dobrze jak Awantura w sezon weszli zawodnicy FC Tartak. W składzie pojawiło się kilku nowych Drwali i trzeba przyznać że, podobnie jak cała drużyna, zaprezentowali się z bardzo dobrej strony. Hasło jakie towarzyszy zawodnikom Luca Kończala: „Jesteśmy głodni gry" sprawdziło się w 100%. Dość powiedzieć, że w meczu z Dental Doctor już po dosłownie paru minutach prowadzili 0-3, a we wszystkie bramki zamieszany był Łukasz Łukaszewicz (2 gole i asysta). Z pewnością zawodnicy Marka Saneckiego nie spodziewali się takiego początku meczu. Tartak wciąż napierał i zdobywał koleje bramki. Trzeba przyznać, że Drwale bardzo dobrze wyglądali na boisku, zobaczyliśmy w ich wykonaniu mieszankę gry zespołowej i popisów indywidualnych. Gospodarze przez dłuższy czas nie potrafili stworzyć sobie sytuacji strzeleckiej, ich ataki były chaotyczne, ale w drugiej części pierwszej połowy w końcu udało się przełamać strzelecki impas. Do przerwy Tartak prowadził 3:7. W drugiej części „Dentyści" parę razy zagrozili rywalowi, ale albo trafiali w konstrukcję bramki, albo dobrze bronił Artur Krzak. Z czasem przewaga gości była coraz bardziej widoczna, co przełożyło się również na kolejne zdobycze bramkowe. Mecz kończy się zwycięstwem Tartaka 4-14. Trzeba oddać że Drwalom wychodziło niemal wszystko. Pewnie i czujnie grali w obronie, duet Grudniewski – Kawka co i rusz napędzał akcje drużyny, napastnicy dobrze i skutecznie wywiązywali się z powierzonych zadań, a do tego gracze zdobywali również ładne bramki strzałami z dystansu. Dental Doctor po prostu trafili na dobrze dysponowanego rywala i nie pozostaje nic innego jak pokazać się z lepszej strony w następnym meczu.

Na Arenie Picassa starcie dwóch bardzo solidnych drużyn KS Iglicy Warszawa z Ekipą Remontową zapowiadało się jako niezwykle ciekawe widowisko. Już pierwsze, bardzo wyrównane minuty spotkania utwierdziły nas w przekonaniu, że rozstrzygnięcie meczu będzie się ważyło do ostatniej akcji meczu. Pierwszą połowę możemy trochę porównać do walki dwóch pięściarzy, którzy na początku pojedynku starają się swoimi uderzeniami znaleźć słabe punkty rywali. Mogliśmy obserwować w tej części gry dużo akcji ofensywnych i walki w środku pola. Obie drużyny strzeliły do przerwy po dwie bramki i po 25 minutach schodzili na odpoczynek przy wyniku 2:2. Wśród gospodarzy w tym spotkaniu świetnie spisywał się duet Kędzierski-Wszeborowski, ale brakowało im skuteczności, jednak tylko do pewnego czasu. Druga połowa to prawdziwy popis Iglicy: wysoki pressing, wykorzystywanie błędów obrony i snajperska skuteczność spowodowała, że w pewnym momencie strzelili pięć bramek z rzędu. Mimo tego, że gra nadal była ostra, a wynik wydawał się przesądzony, Ekipa starała się nawiązać kontakt z rywalami. Na ich nieszczęście w doskonałej dyspozycji pomiędzy słupkami był Jakub Zieliński. Przy wyniku 9:3 wydawało się, że goście się poddadzą – nic bardziej mylnego. Mikołaj Szczurowski wraz z kolegami potrafił wbić jeszcze trzy bramki, co tylko potwierdza, że Ekipa Remontowa przy chwilowej niedyspozycji rywali potrafi momentalnie wrócić do gry. Na więcej bramek zabrakło czasu i tym samym KS Iglica wygrała pierwsze spotkanie w tej lidze 9:6.

Kolejny mecz zapowiadał się równie interesująco - szlagiery pomiędzy dwoma mistrzami zdarzają się niezwykle rzadko. W spotkanie lepiej weszli triumfatorzy ligi 5A - Albatrosy już w 1' minucie cieszyły się z prowadzenia 0:1, po bramce zdobytej przez Michała Rzeczkowskiego. Goście poszli za ciosem i już w piątej minucie ponownie zaskoczyli reprezentantów Białołęki. Michała Piątkowskiego pokonał tym razem Michał Kowalczyk. Oldboys Derby chciał poderwać do walki Marcin Wiktoruk, jednak po przelobowaniu bramkarza gości piłka odbiła się od słupka i opuściła boisko. Kiedy wydawało się, że gospodarze w końcu znaleźli swój rytm, Cezary Małecki wykorzystał kontratak i goście prowadzili już 0:3. Dzieła zniszczenia w 16' minucie dopełnił Damian Kurasiewicz. Wynik 0:4 utrzymał się już do końca nerwowej pierwszej połowy, jednakże nie takie comebacki już widzieliśmy w Lidze Fanów. Druga połowa rozpoczęła się nerwowo. Walczący o korzystny wynik gospodarze nie przypominali radosnego zespołu z jesieni, natomiast goście nie zamierzali zdejmować nogi z gazu, posuwając się przy okazji do twardych fauli. W tej atmosferze rozpoczęły się niepotrzebne komentarze, przepychanki w czasie stałych fragmentów oraz niesportowe faule. Starania gospodarzy, aby uratować choćby punkt zostały przyćmione aż czteroma żółtymi kartkami, które łącznie obejrzeli zawodnicy obu drużyn. W 34' minucie bramkę na 1:4 zdobył Marcin Wiktoruk co dało mistrzom ligi 4B tak bardzo potrzebny zastrzyk energii. W 43' minucie mogło być 2:4, jednak Jacek Pryjomski nie wykorzystał sytuacji sam na sam, strzelając z ostrego kąta. Niewykorzystana okazja zaowocowała kontratakiem drużyny gości, który na bramkę zamienił najlepszy tego dnia na boisku Cezary Małecki. Mecz zakończył się zwycięstwem FC Albatros aż 1:5 ale pozostawił po sobie niedosyt.

LIGA 6

 

Mecz Gastro Sparty i Olimpiku był dla obu ekip pierwszym przetarciem w rozgrywkach Ligi Fanów. Początek rywalizacji to pressing Olimpiku i kontry Sparty. Na tym etapie obie drużyny przedstawiały bardzo podobny poziom. Wynik meczu otworzył w 6 minucie Oleksandr Yakubiak, a chwilę później snajperzy Olimpika Anton Shevchenko i Ihor Puzenko podnieśli prowadzenie i po kwadransie mieliśmy wynik 0:4. Gracze Sparty atakowali, ale nie byli w stanie przebić się przez obronę Olimpika, który szybko poczuł ligowego bluesa. Jeszcze przed przerwą jedno trafienie dołożył Mati Musoev i wynik rywalizacji był już raczej jasny. 0:5 do przerwy to solidna przewaga, choć nie raz przekonaliśmy się, że dogonienie takiego wyniku jest możliwe. W tym spotkaniu tak się nie stało i do końca meczu Olimpik inicjatywy nie oddał dokładając kolejne bramki. Napastnicy Sparty uaktywnili się dopiero pod koniec meczu i zdołali wlepić gościom 3 bramki, ale niewiele to zmieniło w ogólnym obrazie meczu. Ostateczny ostateczny 3:9 w pełni obrazuje wyraźną przewagę Olimpika, który w takiej formie może powalczyć o podium VI poziomu naszych rozgrywek. Dla zawodników Gastro Sparty nie był to udany debiut, ale na pewno wartościowa lekcja na przyszłe spotkania.

Mecz oficjalnie otwierający letnie zmagania na Arenie Picassa miał zdecydowanego faworyta - drużynę gospodarzy, czyli Phoenix Warsaw FC. Ci jednak weszli w spotkanie niemrawo, co od początku próbował wykorzystać A.D.S. Scorpions. Zawodnicy w niebieskich koszulkach mogli wyjść na prowadzenie już w 7' minucie spotkania, jednakże Paweł Pytko nie trafił na pustą bramkę gospodarzy. O tym, że stać go na więcej, Paweł przekonał wszystkich już minutę później, kiedy z rzutu wolnego pokonał bramkarza gospodarzy. Stracona bramka pobudziła Feniksy i mecz zgodnie z oczekiwaniami przedmeczowymi zaczął być rozgrywany pod ich dyktando. Jednak goście umiejętnie się bronili i sprawiali wrażenie bardziej wybieganych od rywali. Ciężka praca w defensywie opłaciła się w 19' minucie, kiedy kontratak Scorpionów i świetne podanie Pawła Poniatowskiego na bramkę zamienił Paweł Pytko. Przy wyniku 0:2 i kolejnej akcji wyprowadzanej przez gości mogliśmy podejrzewać, że gospodarze są już na deskach, jednakże świetna obrona bramkarza oraz kontratak duetu Tomasz Klimczak - Cezary Dudało zakończył się bramką kontaktową, dzięki której faworyci odrodzili się niczym - nomen omen - feniks z popiołów. Po chwili Cezary Dudało wyrównał wynik spotkania, niwelując w ten sposób 20 minut ciężkiej pracy Skorpionów. Na przerwę drużyny schodziły z remisem 2:2. Druga połowa nie pozostawiła złudzeń do kogo powędrują trzy oczka - dwie bramki Krzysztofa Nałęcza oraz gol z rzutu wolnego Tomasza Klimczaka sprawiły, że zaledwie po kilku minutach od gwizdka Feniksy prowadziły 5:2. Wynik ten nie zraził gości, jednak nie byli oni w stanie zagrozić bramce gospodarzy. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:3 dla Phoenix Warsaw, a mecz dał nam dobre wyobrażenie o potencjale obu drużyn.

Orły Zabraniecka jak i Pogromcy Poprzeczek podchodziły do rywalizacji we wzmocnionych składach w porównaniu do jesiennych występów. Głodne gry zespoły od początku ruszyły do ataków, testując formę obydwu bramkarzy. Już w 8' minucie byliśmy świadkami pierwszego trafienia, kiedy to powracający do gry Grzegorz Giler wykorzystał kontratak drużyny gospodarzy - 1:0. Radość z prowadzenia nie trwała jednak długo, ponieważ Bartosz Kusio już po kilkudziesięciu sekundach wyrównał po uderzeniu z okolic połowy boiska. Obie drużyny nie zwalniały tempa, dzięki czemu byliśmy świadkami dynamicznego widowiska. Orły mogły prowadzić, jednak brakowało im dokładności przy wykończeniach, a jak wiadomo niewykorzystane okazje lubią się mścić. Dlatego w 17' minucie Pogromcy wyszli na pierwsze w tym meczu prowadzenie po bramce Macieja Kędzielskiego. Zespoły jednak w dalszym ciągu nie zwalniały tempa i już po chwili dwie bramki gospodarzy sprawiły, że na tablicy widniał wynik 3:2. Ostatecznie, przed przerwą na 3:3 wyrównał Norbert Plak. W drugiej połowie obie drużyny kontynuowały strzelaninę. Po ponownym wyjściu na boisko byliśmy świadkami trzech szybkich bramek - najpierw dla Pogromców zapunktował Mateusz Niewiadomy, po chwili na 4:4 wyrównał Piotr Jurkiewicz, jednakże gości na prowadzenie wyniosła Karolina Figiel. Pomimo starań Orłów Zabraniecka, wynik 4:5 utrzymywał się przez ponad 10 minut. W tym czasie mieli gospodarze stwarzali kolejne okazje, z czego najgroźniejszą był strzał Grzegorza Gilera, który prześliznął się po poprzeczce bramki Pogromców. Snajper gospodarzy dopiął swego w 42' minucie, kiedy to wykorzystał podanie od Marcina Mielczarczyka i skompletował hat-tricka. Radość z remisu 5:5 nie trwała jednak długo, ponieważ gola na wagę zwycięstwa w ostatnich minutach zdobył Mateusz Niewiadomy.

Zdarzają się mecze, których nie wolno przegapić. Tak było w pojedynku Furduncio Brasil F.C. II z Oldboys Derby II. Warto oddać obu drużynom i docenić ich zaangażowanie w rozgrywki, oraz to, że z uwagi na szeroką kadrę zgłosiły po dwie drużyny, a ich mecze cieszą się dużą frekwencją. Gospodarze od pierwszych minut wręcz rzucili się na rywali, ograniczając poczynania Oldboys Derby II do minimum i co chwilę stwarzając bardzo niebezpieczne akcje podbramkowe. Kontrola gry, płynność prowadzenia akcji i duża wymienność podań spowodowała, że szybko wyszli na prowadzenie 2:0. Na 3:0 z przed linii pola karnego z rzutu wolnego bramkę strzelił Bruno Martins, będący jednym z liderów drużyny Furduncio II. Rywale przed przerwą potrafili tylko raz pokonać bramkarza gospodarzy. Do przerwy mieliśmy więc pewne prowadzenie Brazylijczyków 3:1. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił, z minuty na minutę Vincenty Docent i reszta drużyny grała z coraz większą swobodą, a rozgoryczenie i bezsilność Oldboys nie pomagała w zmianie przebiegu tego spotkania. Paradoksalnie bramkarz Oldboys Rafał Wieczorek był w tym meczu najsilniejszym ogniwem gości, ponieważ gdyby nie on, to wynik mógłby być dużo wyższy aniżeli 8:1, ponieważ tak finalnie zakończyło się starcie drugich zespołów Furduncio Brasil F.C. i Oldboys Derby. Brazylijczycy z Robertem Wilczkiem w bramce będą sprawiali poważne kłopoty rywalom, a Oldboys Derby II po analizie wideo mogą już w przyszłą niedzielę zmazać plamę po porażce i wrócić na odpowiednie tory.

Jednym z ostatnich meczów kończących zmagania na arenie Grenady był pojedynek Polskiego Drewna z FC Alfą. W zapowiedziach pisaliśmy, że w tym spotkaniu większe szanse na wygraną mają goście i jak się okazało mieliśmy 100% rację. Początek rywalizacji był jeszcze w miarę wyrównany. Wynik spotkania na 0-1 otworzył Łukasz Wrona. W odpowiedzi na to trafienie, w zamieszaniu w polu karnym Alfy najlepiej odnalazł się Andrzej Dziekoński i głową skierował piłkę do siatki doprowadzając do wyrównania. Jak się okazało był to ostatni moment w którym Polskie Drewno miało tak bliski kontakt z przeciwnikiem. Trafiając z rzutu wolnego Paweł Bąbel ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie, a następnie na 1-3 podwyższył Krzysztof Wędroch. Od tego momentu Alfa sukcesywnie powiększała swoją przewagę, skutecznie punktując rywala. Gdy wydawało się że obie ekipy zejdą na przerwę przy stanie 1-7, z rzutu wolnego dla Polskiego Drewna strzelił Mariusz Słapek nieco zmniejszając dystans do przeciwnika. Strata do Alfy była jednak i tak spora, a dodatkowo zespół Artura Jurka w drugiej części nie przestawał podwyższać swojego stanu posiadania. Bardzo dobre zawody rozegrał Paweł Bąbel który brał udział w 9 z 13 bramek swojego zespołu i był motorem napędowym swojej drużyny. Mecz kończy się pewnym zwycięstwem Alfy 3-13, które przez znaczną część spotkania nie było zagrożone.

 

Mimo niezłej postawy Tylko Zwycięstwo wciąż pozostawało bez punktów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Ich rywalem była FC Kebavita, więc było wiadomo, że o pierwsze punkty będzie ciężko. Miało to odzwierciedlenie na boisku, bowiem od początku zaatakowała drużyna gości, ale parokrotnie bardzo dobrze bronił Sergiusz Bienias. Z czasem do głosu zaczęła dochodzić ekipa braci Jałkowskich, lecz z kolei w bramce Kabavity na posterunku był Piotr Kalbarczyk. Taktyka zespołu Buraka Cana była prosta i okazała się skuteczna. Zawodnicy grający w białych koszulkach szukali w polu karnym prostopadłego podania do Barisa Kazkondu, a ten z obrońcą na plecach próbował się obrócić i oddać strzał lub zgrać futbolówkę do partnera. W ten właśnie sposób Kebavita objęła prowadzenie, a po bliźniaczej akcji mogło być 0-2, ale Baris trafił w słupek. Do przerwy mieliśmy wynik 0-1. Rezultat nie taki zły dla gospodarzy, więc jeszcze sporo mogło się wydarzyć w drugiej części. Po zmianie stron mieliśmy okres, w którym więcej działo się pod bramką Kebavity. Dobrze jednak spisywał się bramkarz, a ponad to brakowało nieco precyzji przy konstruowaniu akcji Tylko Zwycięstwo. To się zemściło, bowiem później goście podwyższyli prowadzenie do 0-3. Dopiero po trzeciej bramce gospodarze się przełamali i Szymon Jałkowski trafia dla TZ. W odpowiedzi mamy bramkę na 1-4 dla Kebavity. Następnie mieliśmy do czynienia z groźnymi rożnymi z obu stron. Skuteczniejsi  byli gospodarze, bowiem szczupakiem piłkę do siatki skierował Andrzej Morawski (bramka na 2-4), a z drugiej strony Obem Brain trafił jedynie w słupek. W dalszej części meczu był dokładniejszy, bowiem trafił w końcu do bramki TZ, hattricka ustrzelił Christian Namani i mecz kończy się wynikiem 2-6

Będąca w dobrej formie Contra podejmowała Moczymordy ,które po porażce z East Windem chciały jak najszybciej zapunktować, aby nie tracić kontaktu z liderem. Do składu powrócili Zbyszek Obłuski i Norbert Petasz ,ale brakowało Dominika Skorży ,który nabawił się kontuzji. Pierwsze minuty to szybkie dwie bramki. Dawida Bieli dla Contry i Zbyszka Obłuskiego dla Moczymord. Później mieliśmy żółtą kartkę dla Piotra Szurmińskiego, który niczym Jan Furtok chciał zdobyć bramkę ręką, jednak arbiter był czujny oraz  dobrze ustawion, więc zamiast gola mieliśmy żółtą kartkę. Contra jednak tej przewagi nie potrafiła wykorzystać. Gospodarze mieli kilka wybornych okazji ,ale tak jakby wystrzelali się w poprzednich dwóch kolejkach i nie byli już tak skuteczni. Niemoc przerwał Paweł Pająk strzelając w 22 minucie na 2:1. Taki wynik utrzymuje się do przerwy. Po zmianie stron niezawodny Zbyszek Obłuski doprowadza w 28 minucie do remisu. Mecz w tym momencie wyrównuje się i każda ze stron ma swoje okazje ,ale wynik 2:2 cały czas się utrzymuje. Widać było że każdy chce walczyć o pełną pulę i remis nikogo tutaj nie zadowoli. Gdy wydaje się że podział punktów jest realnym scenariuszem ponownie daje o sobie znać Zbyszek. Znowu piłka go szuka i w 46 minucie kompletuje hattricka w tym meczu. Rozpaczliwe ataki ekipy Michała Raciborskiego nie przynoszą efektu i po raz kolejny napastnik Moczymord daje tej drużynie cenne punkty. Z perspektywy meczu lepszym zespołem była Contra ,ale punkty pojechały w komplecie na Mokotów.

Tymczasem na drugim boisku East Wind walczył o utrzymanie się na szczycie tabeli Ekstraklasy, a przy korzystnych rezultatach, na powiększenie przewagi nad najgroźniejszymi rywalami. Ich przeciwnikiem był zespół Wawalions, którzy przystąpili do zawodów osłabieni brakiem nominalnego bramkarza oraz ich najlepszego zawodnika obecnego sezonu Volodymyra Humeniuka. Mimo takich osłabień goście nie prezentowali się źle na tle obecnego lidera rozgrywek. Co więcej, na początku mieli lepsze sytuacje do strzelenia bramki. Najpierw dali sygnał ostrzegawczy gospodarzom, kiedy to po źle rozegranym rożnym East Windu wyszli z kontrą, ale trafili jedynie w słupek. W końcu dopięli swego i Yurii Naidyshak otwiera wynik spotkania. To obudziło zawodników Sebastiana Dąbrowskiego. Najpierw Michał Nowak wyrównuje, a później dwukrotnie do bramki trafia Filip Junowicz i East Wind wygrywa już 3-1. Wawalions nie składali broni i złapali kontakt z przeciwnikiem po bramce Bohdana Mereshuka, który wstrzelił piłkę w pole karne, ta odbiła się po drodze od zawodnika i trafiła do siaki. Wynik na 4-2 do przerwy ustalił Sebastian Dąbrowski. Po zmianie stron lepiej prezentowali się zawodnicy Wawalions, mieli parę sytuacji, ale bez finalizacji. Skuteczniejsi byli rywale i na 5-2 trafił Damian Patoka. W późniejszej fazie meczu w grze obu drużyn wkradł się mały chaos, Wawalions nie wykorzystali swoich kontr, a East Wind grał nieco niedokładnie i nie potrafił wykorzystać  faktu, że rywal grał z lotnym bramkarzem. Obie drużyny strzeliły jeszcze po jednej bramce i wynik końcowy tego spotkania brzmiał 6-3.

Zarówno Anonymmous  jak i Chemik Bemowo przed spotkaniem miały na swoim koncie zaledwie po jednym punkcie. Stawialiśmy na Anonimowych wierząc, że zmobilizują się na ten mecz, wszakże obie drużyny dobrze się znają, bo rywalizowały często ze sobą w lidze bemowskiej. To co charakteryzuje obie ekipy to duża rotacja składu, co na poziomie Ligi Fanów nie pozwala na wymierne sukcesy. Lepiej w mecz weszli gospodarze i w 9 minucie objęli prowadzenie. W 19 minucie wyrównał Maciek Skurzyński i pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1. Żadna z drużyn nie osiągnęła znaczącej przewagi i widać było, że oba teamy nie chciały przegrać kolejnego meczu, co determinowało koncentrowanie się na defensywie. Po zmianie stron bramka Tomasza Łokietka otworzyła spotkanie. Chemik musiał zaatakować, ale gospodarze skutecznie się bronili. W 39 minucie Mariusz Sochań strzela na 2:2, a po chwili goście już prowadzą za sprawą Piotra Dzisiowa. Ekipa z Bemowa idzie za ciosem i na listę strzelców wpisują się Piotr Urbański oraz Maciek Skurzyński ,a drużyna Macka Miękiny ponownie w tym sezonie grałą jakby bez wiary w końcowy sukces. Tomasz Łokietek  w końcówce zmniejsza rozmiary porażki na 3:5. Anonimowi fatalnie zaczęli sezon i patrząc na poziom drużyn w Ekstraklasie, o utrzymanie będzie z taką grą ciężko. Chemik ma potencjał, ale nam wydaję się że potrzeba tej ekipie stabilizacji, aby Ci sami zawodnicy pojawiali się na meczach co tydzień, a wtedy jest szansa powalczyć być może nawet o podium.

Mistrz Tur Ochota podejmował FC Wilanów, który nareszcie zebrał solidny skład i miał podstawy do tego, by myśleć o zwycięstwie. Pierwsza połowa to rezultat, który zmieniał się dynamicznie. Gdy jedna drużyna strzelała, natychmiast druga odpowiadała i mieliśmy cały czas wynik na styku. Świetnie prezentował się Rafał Polakowski wspierany przez Łukasza Rostowskiego, który bardzo dobrze prezentował się na tle zawodników z Ochoty. Kapitalnie też bronił Jacek Żołnierski wielokrotnie ratując swój zespół przed stratą bramki. Do przerwy mamy wynik 3:4. Po zmianie stron za sprawą Rafała Polakowskiego mamy dwubramkową przewagę Wilanowa. Tur jednak cały czas atakuje i niweluje straty do jednego trafienia. Taka sytuacja utrzymuje się przez całą drugą połowę. Drużyna Konrada Kowalskiego nie jest w stanie osiągnąć jednak  remisu. Zaczynają się nerwy i niepotrzebne uszczypliwości. Sędzia jednak najbardziej aktywnych zawodników szukających zwarcia napomina kartkami. Sama końcówka to bramki Macieja Pawlickiego i Roberta Hankiewicza. Dwubramkowa przewaga na korzyść Wilanowa zostaje dowieziona do końca. Tur przegrywa po raz pierwszy i teraz będzie gonił lidera, a Wilanów pokazuje, że jeżeli się zbierze, to jest mocny. Szkoda że na początku sezonu ta drużyna miała takie problemy organizacyjne, bo przez to straciła kilka cennych punktów, które mogą zaważyć na pozycji tej ekipy na koniec sezonu.

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
5 0

1 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
3 0

2 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
5 1

3 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
6 1

4 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
2 1

5 LIGA

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
0 1

6 LIGA

Kolejka 3

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi