Wczytuję...

ROZDANIE NAGRÓD!

Znamy już termin i miejsce uroczystej gali zakończenie sezonu w Lidze Fanów. Liczymy że 28 czerwca o godzinie 19:00 w restauracji Sport Bar na Łazieńkowskiej 3 zjawicie się w szerokim gronie …

PUCHAR FANÓW ZGŁOSZENIA!

Amatorski Turniej Piłkarski już pod koniec czerwca! Sprawdź szczegóły, zbierz drużynę, zagraj i przed wakacjami wygraj Puchar Fanów!

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIEE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

ZMIANY NA FACEBOOKU!

Na facebooku doszło do dużych zmian. Jedną z ich konsekwencji może być to, że przestaniecie widzieć nasze posty. Sprawdźcie jak się do tego przygotować, aby być z LIGĄ FANÓW na bieżąco!…

ROZDANIE NAGRÓD!
PUCHAR FANÓW ZGŁOSZENIA!
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIEE
ZMIANY NA FACEBOOKU!

KOLEJKA NIESPODZIANEK!

02
Kwi

Ten weekend był pełen niecodziennych zdarzeń. Parę rozstrzygnięć jeszcze zaogniło nam sytuację w tabeli, ale konia z rzędem temu kto by przewidział, że takie potęgi jak Contra, Aleja Seksu i Biznesu czy Deportivo la Chickeno stracą punkty z teoretycznie słabszymi rywalami. Zapraszamy do cotygodniowego podsumowania ostatnich boiskowych wydarzeń!

KOLEJKA NIESPODZIANEK!

EKSTRAKLASA

Zdecydowanym faworytem rywalizacji Zabrodziaczka z Przełomem byli gospodarze. Wygrywając, GS przybliżyliby się do utrzymania w ekstraklasie, bo na walkę o czołowe lokaty raczej w tym sezonie nie ma szans. Goście mają eksperymentalny skład , ale wyróżniającym się zawodnikiem jest niewątpliwie Obem Brain. Pierwsza połowa to bardzo dobra gra ekipy z Wyszkowa i prowadzenie 4:1. Wynik powinien być dwa razy wyższy ,ale jak zawsze szwankowała skuteczność. Przełom grał mało zespołowo, a każdy zawodnik szukał raczej akcji indywidualnych niż lepiej ustawionego kolegi z drużyny. Po zmianie stron impuls do odrabiania strat dał wcześniej wspomniany Obem Brain. Dogrywał ,strzelał, był wszędzie na boisku. Ponieważ GS spuścił z tonu, to na 10 minut do końca mamy remis i robi się nerwowo. Końcówka to akcje z obu stron, gdzie bardziej doświadczona drużyna Krzysztofa Lewandowskiego minimalnie, jedną bramką, okazała się lepsza. Mogą to być dla Zabrodziaczka kluczowe trzy punkty decydujące o pozostaniu w elicie.

Mieliśmy nadzieję że Mocno Wola po remisie z Wilanowem pójdzie za ciosem i postawi trudne warunki liderującemu Turowi Ochota. Patrząc na skład ekipy Rafała Jagóry nasze nadzieje ulotniły się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Początkowo ekipa z Woli jeszcze w miarę trzymała się w obronie, licząc na kontry i Michała Kielaka. Najlepszy zawodnik Mocno jednak miał małe szanse w pojedynkach z doświadczonymi obrońcami ekipy z Ochoty. A gdy nawet udało się minąć rywala, to nie było zawodnika, do którego mógłby dograć piłkę. 0:3 do przerwy wydawało się i tak niezłym rezultatem. Po przerwie obraz gry był podobny. Goście widząc ,że przeciwnik krzywdy im raczej nie zrobi, nie forsowali tempa ,a grając na luzie, tworzyli miłe dla oka zagrania. Padały też kolejne bramki. Gospodarzom też udało się zaliczyć trafienia honorowe autorstwa Cezarego Przybylaka ,który dojechał na drugą odsłonę. Tur umacnia się w fotelu lidera, a Mocno już na tak trudnego rywala nie trafi. Aby mieć szanse na utrzymanie trzeba wygrywać z pozostałymi zespołami. Widać że najbardziej zależy na dobrych wynikach ludziom, którzy są związani z drużyną od lat, a tak zwani najemnicy przychodzą według zasady: jak mi się zachce to będę.

O wiele ciekawiej było w starciu Kebavity z Moczymordami. Szczególnie pierwsza połowa to pokaz futbolu na najwyższym poziomie, a składy po obu stronach były niemal optymalne. Wynik otworzył Piotr Petasz. Naciskając na obrońcę Kebavity uprzedził go i pewnie pokonał bramkarza. Szybko jednak wyrównał Adnan Fheelbum, który dodatkowo był autorem akcji być może i całego sezonu. Zaczynając rajd z własnej połowy minął czterech rywali, balansem zgubił bramkarza i trafił do pustej bramki. Po pierwszych 25 minutach mieliśmy wynik remisowy. W czasie przerwy w obu obozach trwała mobilizacja i ustalenia czym zaskoczyć rywala w drugiej odsłonie. Moczymordy lepiej i skutecznej weszły w drugą połówkę. O dziwo, topowych zawodników swojej drużyny przyćmił Daniel Lasota. Pozazdrościł chyba graczowi gospodarzy i sam wykonał podobną akcję, choć mniej efektowną, ale co najważniejsze skuteczną. W niedługim czasie dorzucił jeszcze jedno trafienie i goście odskoczyli z wynikiem. Gospodarze próbowali dogonić rywala , ale coraz bardziej widać było nerwowość w ich poczynaniach. Moczymordy wygrywają i wciąż będą się liczyć w walce o mistrzostwo. Dla Kebavity pozostaje nadal matematyczna szansa na podium , ale strata 10 punktów do pudła na tak wysokim poziomie będzie ciężka do odrobienia.

Kolejnym, emocjonującym niemal do końcowego gwizdka meczem, było starcie East Windu z Anonymmous. Ekipa Maćka Miękiny podobnie jak Kebavita liczyła na 3 pkt i nawiązanie kontaktu z czołówką oraz ewentualne zachowanie szans na podium. Niestety po raz kolejny goście nie wchodzą dobrze w mecz i dają się zaskoczyć już na początku teamowi Sebastiana Dąbrowskiego. Być może dlatego że ta drużyna w każdym meczu praktycznie ma inny skład, co powoduje że zawodnicy nie ze sobą zgrani. W lidze Bemowskiej być może to nie jest wielka przeszkoda. W Lidze Fanów w ekstraklasie takie roszady powodują że rywale z góry tabeli wykorzystują każdy moment słabości drużyny przeciwnej. Pierwsza połowa kończy się wynikiem 5:2. Po przerwie mamy rozluźnienie w ekipie gospodarzy i głównie za sprawą skutecznego tego dnia Grzegorza Dryki goście gonią wynik. Robi się ciekawie w końcówce. Ostatecznie sprawy w swoje ręce bierze Damian Patoka , który daje swoimi kolejnymi trafieniami zwycięstwo swojej drużynie. W pojedynku snajperów Dryka – Patoka remis. Obaj strzelili po siedem bramek co jest dużym wyczynem na tym poziomie rozgrywek. East Wind gra nadal o najwyższe cele, a Anonimowi chyba skończą ten sezon w środku tabeli. Apetyty na pewno były większe!

Będąca w tym sezonie bez zwycięstwa ekipa FC Górki, podejmowała jednego z kandydatów do Mistrzostwa, czyli FC Wilanów. Od pierwszych minut mecz zdominowali preferujący kombinacyjną piłkę zawodnicy gości. Bracia Zgórzak i koledzy z zespołu nie potrafili znaleźć sposobu na powstrzymanie będącego w wysokiej formie Rafała Polakowskiego, który w pierwszej części spotkania dwukrotnie zmuszał golkipera rywali do sięgania po piłkę do siatki. Wspierał go dzielnie Adrian Idzikowski, który poza wpisaniem się na listę strzelców, dwukrotnie ładnymi podaniami otwierał drogę do bramki rywali kolegom. Taki stan rzeczy utrzymywał się aż do momentu, kiedy "Wilanowiacy" osiągnęli pięciobramkowe prowadzenie. Wówczas poziom koncentracji zdecydowanie spadł, co zaczęli wykorzystywać Panowie z Górki. Kolejne bramki strzelane przez gospodarzy skróciły dystans dzielący oba zespoły do zaledwie dwóch bramek i w szeregach gości zrobiło się nieco nerwowo. Zwłaszcza bramka strzelona na 3:5 była niemałej urody, gdyż piłka została skierowana do bramki głową po niemal zapaśniczej walce w parterze z obrońcą Wilanowa. W tym momencie o komplet punktów dla swojego zespołu postanowił zadbać duet: Polakowski & Krawczyk. Najpierw, wynik podwyższył, pięknym strzałem z dystansu „Polak" . Po kilku minutach na 3:7 podwyższył "Krawiec" dobijając z bliska strzał kolegi z zespołu. Wynik meczu na 3:8 ustalił Maciek Pawlicki, a więc w tym meczu niespodzianki nie było, a FC Górka niestety nadal pozostaje bez zwycięstwa w Ekstraklasie

 

I LIGA

 

Junak bardzo dobrze zaprezentował się w meczu z Hiszpanami. W kolejnym spotkaniu czekał na nich lider pierwszej ligi Contra, która po remisie z Miksami chciała koniecznie wrócić na zwycięską ścieżkę. Goście mają swoje problemy w rundzie rewanżowej. Kilku zawodników jest kontuzjowanych, niektórzy dopiero niedawno wrócili do gry po urazach. Jednak to na tyle doświadczona drużyna, że powinna nawet w trudniejszych momentach sezonu sobie poradzić. Już początek meczu pokazał, że goście na pewno łatwo mieć nie będą. Co prawda atak już w pierwszej minucie na bramkarza Macieja Antczaka był niepotrzebny. Choć nie posądzamy gracza Junaka o złe zamiary, to widać było od początku w zawodnikach chęć walki na całego. Pierwsza część spotkania zakończyła się remisem. Po zmianie stron obraz gry był podobny, wynik na styku, a na sekundy do końca prowadzi Contra. Po rzucie rożnym Maciek Radziszewski precyzyjnym strzałem pod poprzeczkę wyrównuje i mamy podział punktów. Gospodarze w swoich dwóch meczach na wiosnę pokazali charakter i widać że ich gra wygląda bardzo dobrze. Goście choć nadal niepokonani to kolejny remis traktują pewnie jak porażkę co może spowodować że ich przewaga po rundzie jesiennej nad kolejnymi drużynami będzie minimalna.

Miłe złego początki, przynajmniej dla Saskiej Kępy taki właśnie przebieg przybrały wydarzenia w meczu z Mixamatorem. Nie każdy się spodziewał, że w pierwszych siedmiu minutach to ekipa Kornela Troszczyńskiego będzie dawała lekcję piłki nożnej wyżej notowanym "Mixom". Wynik spotkania otworzył Łukasz Kryczka, a stan na 2:0 podwyższył bardzo ładnym strzałem z półwoleja Karol Mroczkowski, który wykorzystał fakt, że bramkarz gości zrobił sobie wycieczką przed pole karne. W tym momencie pamięć o umiejętnościach ofensywnych wróciła Danielowi Szmitowi, który w krótkim odstępie czasu ustrzelił dublet, doprowadzając do wyrównania (2:2). Tuż przed przerwą na prowadzenie gości wyprowadził Michał Fijołek, który potężnym strzałem nie dał szans golkiperowi Saskiej, a piłka, mimo że trafiła w jego ręce, wpadła do bramki. Niestety, druga połowa była znacznie mniej wyrównana, a mecz został zdominowany przez zespół Mixamatora. W jego szeregach świetnie sprawował się Darek Chojnacki, który poza bardzo dobrą postawą między słupkami, swoimi celnymi crossami dwukrotnie asystował przy golach kolegów. Autorem dwóch ostatnich bramek był Damian Starosta, a szczególnie jedna z nich była ciekawej urody. Do kozłującej w polu karnym Saskiej Kępy piłki dopadło dwóch graczy. Żaden z nich nie końca mógł wyczuć zamiary kolegi, więc obaj, niczym bracia bliźniacy ze słynnej japońskiej kreskówki o piłce nożnej , złożyli się do strzału z półwoleja, jednak naszym zdaniem do Damian dotykał piłki ostatni. Wynik końcowy 3:9, a widomo degradacji coraz bardziej zagląda w oczy gościom.

O spotkaniu ekipy braci Jałkowskich, czyli Tylko Zwycięstwo z próbującym gonić podium FC Melange mówiło się, że będzie meczem o sześć punktów i miało być bardzo zacięte. Jak boleśnie i szybko na ziemię można sprowadzić rywala, przekonali się "Melanżownicy". Już pierwsza akcja i błąd bramkarza zostały wykorzystane przez niezawodnego Andrzej Morawskiego. Chwilę później ten sam zawodnik po raz drugi znalazł drogę do bramki Melanżu i zespół Daniela Kowalskiego ewidentnie opadł z entuzjazmu. Co prawda gola kontaktowego zdobył Łukasz Słowik, ale to co się działo do przerwy, to był istny pogrom. Przede wszystkim, świetnie funkcjonowała defensywa TZ, a prym w niej jak zawsze wiedli Mateusz Górski i Marek Wandas. Gdy już jakiś strzał leciał w światło bramki, na posterunku był Kuba Karasiński. W odpowiedzi na ofensywne zapędy FCM, bramki dla gospodarzy zdobywali jeszcze: Mateusz Łysik oraz Mateusz Walczak, a pierwsza część spotkania zakończyła się wynikiem 7:1 i chyba nikt nie miał złudzeń, kto tego dnia zejdzie z murawy z tarczą. Mający komfortowe prowadzenie zespół gospodarzy nie forsował tempa i pozwolił gościom trochę pograć w piłkę. Fatalnie wyglądająca w pierwszych 25 minutach obrona Melanżu nieco się zwarła, ale mimo to przegrali oni także drugą odsłonę. Dwie bramki dla pomarańczowo-zielonych zdobył Arek Zegar. W ekipie zwycięzców najskuteczniejszy był Andrzej Morawski. Popularny "Andron" aż pięciokrotnie podawał swoje nazwisko do listy strzelców. Wynik końcowy 10:3 i jak najbardziej zasłużony triumf TZ.

Karmelicka po remisie z Bulbezem mogła optymistycznie patrzeć na spotkanie z Hiszpanami. Szybko okazało się, że gracze Raula Prasznika po ostatnim remisie z Junakiem więcej punków nie zamierzają gubić. Pierwsza połowa wyrównana. Skuteczniejsi pod bramką rywali byli gracze z półwyspu iberyjskiego i zasłużenie prowadzili 3:1. Szczególnie nieźle prezentował się Naizan Torregrosa. Widać u tego zawodnika spore umiejętności. Druga połowa to lepsza gra gospodarzy ,lecz losów meczu nie dało się odwrócić. Nie pomogła na pewno bezmyślna czerwona kartka dla zawodnika Karmelickiej, która osłabiła ekipę Mikołaja Kozłowicza w momencie, gdy gra wyglądała dużo lepiej niż w pierwszych fragmentach spotkania. Grać 10 minut w osłabieniu przeciwko tak dobrej drużynie jak Hiszpanie nie jest łatwe. Goście mają już tylko punkt straty do lidera , a ekipa gospodarzy musi szukać punktów w następnych kolejkach. Na pocieszenie, strata do bezpiecznego miejsca dającego utrzymanie to tylko jedno oczko.

Tylko wysokiej nieskuteczności Drunk Teamu, Bulbez zawdzięcza to, że nie przegrywał od pierwszych minut minimum 3-0. Od początku to zespół Łukasza Walo miał o wiele więcej okazji, do tego mądrze grał w obronie cofając się na swoją połowę i czekając na przeciwnika i wyprowadzając kontry. Gdy zespół z Bemowa przetrwał tę nawałnicę zaczął powoli konstruować swoje sytuacje, rozgrywając piłkę z bramkarzem. Do pewnego momentu nie przynosiło to wymiernych korzyści, aż chyba słowa jednego z zawodników Drunk Teamu o tym, że Bulbez nic nie gra, tak zmotywowały zawodników Michała Rychlika, że Ci wzięli się do roboty. Wynik otworzył Rafał Szewczyk, a podwyższył z rzutu wolnego Marcin Kowalski. Ostatnie słowo przed przerwą należało do gospodarzy którzy zmniejszyli straty za sprawą Michała Janowskiego. Ten sam zawodnik rozpoczął strzelanie zaraz po zmianie stron. Długo utrzymywał się wynik remisowy, aż uaktywnił się ofensywny duet Kozłowski-Szewczyk który załatwił Drunk Team, z którego powoli schodziło powietrze i już nie atakowali z takim animuszem. Bulbez wygrywa 3-6 choć gdyby nie obijali tak konstrukcji bramki w drugiej części wynik byłby wyższy. Jednak gdyby Łukasz Walo i spółka wykorzystali sytuacje z początku meczu, zespołowi z Bemowa ciężko byłoby odrobić straty i zgarnąć 3 pkt.

 

II LIGA

Zarówno Virtualne Ń jak i Gang z Kabat przegrali pierwsze wiosenne mecze, gdzie w obu przypadkach gra na kolana nie powaliła. W dużo trudniejszej sytuacji jest Gang który zajmuje ostatnie miejsce w lidze i żeby się utrzymać musi szukać punktów w każdym spotkaniu, a szczególnie z zespołami, które zajmują miejsca w środkowej i dolnej części tabeli. Wynik dość szybko otworzył niezawodny Szymon Kolasa. Już od pierwszym minut zespół z Kabat musiał gonić wynik, który de facto coraz bardziej mu uciekał. Do przerwy było 3-0. Po zmianie stron na 4-0 podwyższył Michał Płotnicki i dopiero wtedy zespół Szymona Pietrzaka zaczął odrabiać straty. W 5 minut z 4-0 zrobiło się 4-3, ale nie udało się wyrównać wyniku. Pogoń za korzystnym rezultatem przerwał Filip Giełczewski strzelając na 5-3. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8-4 gdzie dwie ostatnie bramki Virtualni strzelili w końcówce spotkania.

Warszawska Ferajna w starciu z drużyną z Koła była niewątpliwie faworytem. Jak się okazało tylko na papierze, bo na boisku było zupełnie odwrotnie. Wynik 6:0 dokładnie odzwierciedla to co się działo na Grenady. Gospodarze – Old Eagles byli lepsi w każdym aspekcie piłkarskiego rzemiosła. Damian Majewski wygrywał niemal wszystkie pojedynki z obrońcami rywala. Posiada wysoką umiejętność gry tyłem do bramki i skrzętnie z tego korzystał. Na uwagę zasługuje także świetna postawa Sebastiana Nowakowskiego ,który bronił wszystko i mimo kilku okazji Warszawskiej Ferajny nie dał się zaskoczyć. Obie połowy ekipa Janka Drabika wygrała solidarnie po 3:0. Na pewno z taką formą będą groźni dla każdego i oby nie przytrafiały się kontuzje, a wtedy być może nawet czołowa 4 jest w zasięgu tej drużyny. Kacper Domański na pewno nie spodziewał się takiego scenariusza i jesteśmy przekonani że jego team czeka z niecierpliwością na kolejny mecz, aby móc się zrehabilitować za tą porażkę.

Niezłomni dość długo kazali na siebie czekać i powinni się cieszyć że Złączeni zgodzili się poczekać, aż spóźnialska drużyna dotrze na Grenady. Mamy nadzieję że teraz już zegarki są odpowiednio nastawione, a godziny meczów dokładne sprawdzane. Lider II ligi musiał zacząć w dość eksperymentalnym składzie czyli osobach, które po prostu jako pierwsze pojawiły się na boisku. Z biegiem czasu dojeżdżały kolejne ogniwa i było widać że z każdą minutą gra coraz bardziej się klei. Na pierwszą bramkę musieliśmy czekać do ok 17 minuty kiedy to wynik otworzył Sergii Koval. Do przerwy udało się wpakować jeszcze 2 bramki i wynik brzmiał 3-0. Ciężko nam sobie przypomnieć, żeby w pierwszej połowie Złączeni stworzyli sobie jakąś 100 % sytuację. Drogę do bramki znaleźli dopiero w drugiej części i to trzykrotnie, z tym że raz do własnej. W ostatnich minutach padły aż 4 gole (3 Niezłomnych 1 Złączonych), w końcu rozstrzelał się Taras Horynevskii, ale i tak największy aplauz za zdobyte bramki zdobył kapitan Mykola Melnyk. Niezłomni pewnie pokonują ekipę z Grodziska i z nadzieją patrzyli na ALPAN który mierzył się po ich meczu z LTM-em...

ALPAN nie miał jednak w swoich szeregach etatowego bramkarza i między słupami musiał stanąć Artur Miszkiewicz. Miało to swoje zalety w postaci budowania przewagi w polu (nawet udało się popularnemu „Miszy" strzelić bramkę) ale też i wady, kiedy to po przejęciu piłki bramka pozostawała pusta (tak też padł gol dla LTM-u). Zespół Irka Webera bardzo dobrze wszedł w mecz. Już w pierwszych minutach strzelił 2 bramki, a po pewnym czasie prowadził już 3-0. ALPAN chyba potrzebował bramki kontaktowej, bo to momentu strzelenia pierwszego gola nie wyglądał na zespół który jeszcze powalczy w tym spotkaniu. Zaledwie w odstępie 2 minut Alan Stępniewski przywrócił ALPAN do życia. I do przerwy udało się odrobić straty z nawiązką i z 0-3 zrobiło się 4-3 do przerwy. Po zmianie stron wynik szybko podwyższył wspomniany wcześniej Miszkiewicz. Po kolejnym trafieniu gospodarzy zrobiło się 6-3 i goście zaczęli odrabiać straty, a konkretnie do roboty zabrało się trio Dryński – Kuczewski – Krasucki. W dwie minuty zdobyli 2 bramki i zmniejszyli straty do wyniku 6-5. W dalszej części obie ekipy zafundowały nam istny rollercoster. ALPAN ponownie powiększył swoje posiadanie (7-5) i właściwie mógł zamknąć mecz, bo mieli parę okazji do strzelenia bramki. Za to po chwili dostali 3 bramki i przegrywali 7-8. Gdy wydawało się że mecz zakończy się remisem (8-8), w praktycznie ostatniej akcji meczu Kamil Kuczewski strzela zwycięskiego gola i LTM zgarnia 3 punkty! Cóż to było za spotkanie!

Drugie zwycięstwo z rzędu zanotował Wierny Służewiec. Tym razem w pokonanym polu pozostawił Laga Takę która miała niesamowite problemy ze składem i grała bez zmian. Dopóki utrzymywał się wynik 0-0 jeszcze mecz wyglądał na w miarę wyrównany. Na pięć minut przed końcem przy stanie 2-0 gwóźdź do trumny przybił Marcin Kowalski który strzelił 2 bramki, a kropkę nad i postawił Hubert Wolak strzelając na 5-0. W drugiej części Laga nie miała nic stracenia, ale stać ją było tylko na jedną bramkę autorstwa kapitana Radka Małeckiego który przez pewien czas zszedł z bramki i grał w polu. Pech nie opuszczał jednak jego zespołu i jeden z zawodników musiał opuścić mecz z powodu kontuzji. Jako że Laga nie miała nikogo na zmianę na boisko za zgodą Wiernego wszedł zawodnik z innej drużyny, który czekał na swój mecz. Za dużo jednak nie pomógł, bo Wierny strzelił w drugiej części kolejne 3 bramki i pewnie pokonał swojego oponenta. 2 mecze, 6 pkt podopiecznych Michała Odowskiego to bilans Wiernego na wiosnę i można zadać tylko pytanie: czemu nie mogło tak być na jesieni? Laga natomiast po raz kolejny wypadła bardzo blado i trzeba na nowo zbierać skład, który obecnie mocno się posypał.

Riversi aby myśleć o walce o pudło musieli koniecznie pokonać Jogę Bonito ,która zajmuje właśnie najniższy stopień podium. Szybko okazało się że goście mają po prostu więcej argumentów po swojej stronie, większy potencjał oraz niezawodnego Artura Markiewicza. Brak chociażby na takim meczu Michała Ściborowskiego mającego duże umiejętności indywidualne na pewno nie pomagała w nawiązaniu równorzędnej walki gospodarzom. Po pierwszej połowie mamy trzy bramkową przewagę Jogi. Ekipa ta w każdej formacji prezentowała się znakomicie i widać że nie przypadkiem zajmuje trzecią lokatę w lidze. Po przewie nadal goście dominowali czego efektem były kolejne bramki. Gospodarze po akcji Andrzeja Milewskiego strzelili honorowego gola autorstwa Doriana Kwiecińskiego. Strata po tym meczu do podium wynosi już 9 punktów i ciężko będzie ekipie Leszka Parzniewskiego odrobić taką stratę. Czy Joga powalczy o coś więcej niż brąz w tym sezonie? Ma jeszcze bezpośrednie mecze z Niezłomnymi i LTMem dlatego wydaje się że wszystko w tej lidze może się jeszcze zdarzyć.

 

III LIGA

Niedzielni wyrzucili nasz typ z meczu z Deportivo la Chickeno do śmieci. Przewidywaliśmy pewne zwycięstwo „Czikenów" a skończyło się remisem. Ale od początku. Pierwsze minuty w pełni oddawały nasze przewidywania – Deportivo atakowało i tak naprawdę powinni wyrywać paroma bramkami, ale albo brakowało precyzji, albo dobrze bronił Marcin Aksamitowski. A że niewykorzystane sytuacje się mszczą to Niedzielni w pierwszej odsłonie prowadzili 3-2. Kolegów z drużyny aż trzykrotnie obsługiwał Artur Baradziej-Szczęśniak który popisał się m. in. bardzo ładnym prostopadłym podaniem po którym napastnik Niedzielnych wyszedł sam na sam z bramkarzem. Większość obserwujących już myślało że nie wykorzysta tej okazji, tak długo z oddaniem strzału zwlekał, ale piłka ostatecznie trafiła do siatki obok słupka. W drugiej części napór przeciwnika wzrastał. Wydawało się że Niedzielni sensacyjnie ograją lidera, na minutę przed końcem prowadzili 3-4, jednak na strzał z dystansu zdecydował się Grzegorz Himkowski i mocnym uderzeniem pokonał golkipera rywali. Po tym strzale sędzia zakończył spotkanie. Niedzielni pewnie są zawiedzeni że nie dowieźli do końca wyniku, ale też Deportivo miało o wiele więcej sytuacji. Zespół Marcina Aksamitowskiego po rewolucji wygląda bardzo dobrze, a Deporivo roztrwoniło przewagę z jesieni do jedynie 2 pkt. i walka o mistrzostwo rozpoczęła się na nowo.

Marek Szklennik i jego Narodowe Śródmieście chyba inaczej wyobrażali sobie potyczkę z Eleganckimi Chłopakami. Wprawdzie wzmocnienia, jakich dokonała ekipa gości są imponujące, jednak aż tak nierównej potyczki się nie spodziewaliśmy. Początek także nie zapowiadał takiego przebiegu. Pięknym strzałem z dużej odległości w okienko popisał się Rafał Heba. Niestety dla gospodarzy, od tego momentu swój kunszt zaczęli prezentować : Grzesiek Król i Piotrek Kraczyk. Ci dwaj Panowie nie mieli litości dla rywali i momentami wręcz bawili się z obroną "Narodowych". Przy stanie 1:6, po ładnej akcji i kiwnięciu bramkarza, druga bramkę dla Narodowego Śródmieścia zdobył Grabowski. Wynik 2:6 utrzymał się do końca pierwszej odsłony. W drugiej połowie zespół gospodarzy wręcz nie istniał. Istną kanonadę urządził się popularny "Krawiec", który - jak sam stwierdził po meczu - co dostawał piłkę, to strzelał. I faktycznie tak było, gdyż Piotrek zakończył zawody z aż dziewięcioma bramkami na koncie. Chcielibyśmy napisać coś pozytywnego o grze chłopaków ze Śródmieścia, ale niestety, nie dość, że wyglądała ona bardzo mizernie, to na domiar złego doszło do utarczki słownej między zawodnikami tego zespołu, co już zupełnie podcięło im skrzydła. Świetnie zaprezentował się również wspomniany Grzesiek Król. "Szafa" czterokrotnie asystował przy bramkach kolegów, a sam dwukrotnie kierował piłkę do siatki. Mecz kończy się rezultatem 2:15 i życzymy Markowi i jego drużynie, aby jak najszybciej się pozbierali po tej klęsce.

Świetny spektakl zaprezentowały nam ekipy IJatoSzanuje oraz Walking Dead. Trupy walczą o podium i w swoim składzie mają kilku naprawdę świetnych zawodników. Ekipa gości broni się przed spadkiem. W tym spotkaniu królował twardy, fizyczny futbol, gdzie nie widać było tak znaczącej różnicy w tabeli. Patrząc na grę Arka Kazimierczaka i jego kolegów mamy wrażenie, że pozycja w tabeli jest dla nich za niska w stosunku do umiejętności które posiadają. Co do samego spotkania to miał dwie różne połowy. Celem Walking Dead był komplet punktów i innego scenariusza ta drużyna nie brała pod uwagę. Tym bardziej że po 25 minutach prowadzili 3:2. Wszystkie bramki dla Trupów zdobył Krzysiek Kulibski. Po przerwie coś się zacięło. Do głosu doszli goście, którzy dążyli do odrabiania strat. Ta sztuka udała się, a niespodzianka zaczęła wisieć w powietrzu, w momencie w którym wyszli na prowadzenie. Gospodarze rzucili się do ataków, ale to chyba nie był ich dzień, bo tak solidna ofensywa na czele z Michałem Ochockim czy Krzyśkiem Kulibskim w drugiej odsłonie bramki nie potrafiła zdobyć. Zasłużona wygrana gości, a Trupy czują oddech rywali na plecach i kolejna taka wpadka może oznaczać utratę miejsca na podium.

Bardzo ciekawe spotkanie oglądaliśmy w starciu Truskawki Na Torcie z zespołem FC Po Nalewce. Na tym szczeblu jesteśmy przyzwyczajeni do raczej wysokich wyników, jednak jeden z zawodników, nie zamierzał dawać rywalom radości ze zdobywanych bramek. A był to Michał Mikołajczuk. Wiedzieliśmy, że umiejętności tego bramkarza są niemałe, ale to, co wyprawiał w niedzielne popołudnie przeszło nasze oczekiwania. Michał dwoił się i troił między słupkami, a niektóre sytuacje, z jakich wychodził zwycięsko, doprowadzały oponentów niemal do szewskiej pasji. Świetną postawę swojego bramkarza postanowili wykorzystać koledzy z pola. Wynik spotkania, po pięknej indywidualnej akcji otworzył Darek Piwowarski. Chwilę później bramkę na 2:0 zdobywa Kuba Żmijewski. Napastnik TNT imponuje nam swoją stabilną, wysoką formą i gdyby nie genialny występ jego kolegi z bramki, najpewniej "Żmija" byłby zawodnikiem meczu. Rywale jednak za nic mieli dobrą dyspozycję "Truskawek" i jeszcze przed przerwą zdobyli gola kontaktowego autorstwa Łukasza Gaby, któremu w tej akcji asystował Konrad Bińczyk. Po zmianie stron dość długo oglądaliśmy asekuracyjną grę z obu stron i mimo, że niektóre akcje były konstruowane naprawdę ciekawie, zatrzymywały się one na bloku defensywnym rywala. Ostatecznie jednak sposób na rywali znaleźli gospodarze, a konkretnie wcześniej wspomniany Kuba Żmijewski, który wykorzystał podanie Michała Rutkowskiego i ustalił wynik spotkania na 3:1. Dzięki zwycięstwu TNT umacnia się na pozycji wicelidera III-ciej ligi i śmiało może atakować pierwszą pozycję, gdyż od Deportivo la Chickeno dzielą ich już tylko dwa punkty.

Chcielibyśmy coś dobrego napisać o meczu ADP Wolskiej Ferajny z Diabła Trzeci Róg, ale więcej w tym meczu było kopania siebie nawzajem niż kopania piłki. Do przerwy mieliśmy wynik 0-0, kilka interwencji obu bramkarzy, oraz sporo pretensji do sędziego, wzajemnych fauli i uszczypliwości. Swoją drogą był to trudny mecz dla arbitra, ale kapitanowie ocenili jego pracę na dobrą i bardzo dobrą więc akurat do niego można mieć najmniejsze pretensje. W drugiej części po kolejnych zwarciach pomiędzy zawodnikami odnosiło się wrażenie że piłka już nie ma większego znaczenia, a próba odbioru futbolówki sprowadza się do stwierdzenia „ jak trafię w piłkę to dobrze, jak nie to jeszcze lepiej" Chłodniejsze głowy zachowali zawodnicy Diabłów, którzy próbowali bardziej skupić się na grze w piłkę, czego konsekwencją były zdobywane bramki. Gdy ADP musiało gonić wynik głowy zagrzały się do czerwoności przez co w całym meczu zobaczyli aż 4 żółte i 1 czerwoną kartkę. Za kopnięcie rywala bez piłki Sebastian Brodowski będzie musiał odpocząć przez 2 mecze. A szkoda ( w końcu to on był autorem 2 bramek) że nie utrzymał nerwów na wodzy, bo jego drużyna, gdyby zajęła się grą w piłkę, mogłaby osiągnąć lepszy wynik. Na pewno takiej kopaniny nie chcielibyśmy oglądać w przyszłości.

Kolejne zwycięstwo odnieśli Elitarni Gocław i to nie z byle kim tylko z Young Guns. Co więcej była to wygrana zasłużona, bo gra Elitarnych była lepiej poukładana, czasem aż miło się patrzyło jak piłka chodzi pomiędzy zawodnikami w błękitnych strojach. Ciężko też wyróżnić jednego konkretnego zawodnika. Każdy kto pojawił się na placu, coś wnosił do gry drużyny. Młode Strzelby coś się zacięły na wiosnę, ale jedno się nie zmienia. Wciąż w świetnej formie pozostaje bramkarz – Adrian Kloskowski który w każdym meczu gra pewnie, jak również popisuje się niebywałymi paradami. Również w tym meczu koledzy powinni mu podziękować, bo parokrotnie popisał się kapitalnymi interwencjami przy strzałach po których większość bramkarzy w lidze wyjmowaliby piłki z siatki. Losy meczu w głównej mierze przesądził Łukasz Eljasiak który zdobył hat-trika. Wydaje nam się że z taką grą zawodnicy z Gocławia, będą autorem jeszcze nie jednej niespodzianki Młode Strzelby na wiosnę zdobyły jedynie 1 punkt i to wywalczony w pierwszej kolejce w ostatniej sekundzie spotkania, więc jak na drużynę ze sporymi aspiracjami to trochę mało i zamiast gonić rywali, którzy też tracą punkty, znajdują się obecnie poza podium.

 

IV LIGA

Prawdziwą kanonadę urządzili sobie zawodnicy Augusto Penguins i Sparty. Mimo że to zawodnicy Krzyśka Nałęcza jako pierwsi znaleźli drogę do bramki rywala, przez dłuższy czas wydawało się, że Pingwiny spokojnie wygrają ten mecz. Na straconą bramkę szybko odpowiedzieli trzema trafieniami: Maćka Zaroda (2) i Mateusza Rozkresa (1). Ten drugi podwyższył jeszcze po pewnym czasie wynik na 4-1 i nic nie wskazywało na to, że to spotkanie wymknie im się spod kontroli. Jeszcze w pierwszej połowie Marcin Rakowski dał nadzieje Sparcie. Po zmianie stron ponownie Pingwiny rozpoczynają znacznie lepiej i strzelają kolejne bramki na 6-2. Wtedy Sparta zaczyna swoją remontadę. Ponownie sygnał do ataku dał Marcin Rakowski. Jego bramka rozpoczęła serię i w ciągu 5 minut jego zespół strzela 4 bramki doprowadzając do remisu! Później gol padał raz z jednej raz z drugiej strony a skończyło się na wyniku 8-8 ustalonym przez Adama Ochenowskiego w ostatniej minucie meczu po strzale głową. Co za mecz! Remis przy dość niespodziewanych wynikach innych spotkań za wiele nie zmienia w sytuacji tych zespołów i wciąż przy dobrym układzie mogą jeszcze o coś zawalczyć.

Bez swojego lidera w ofensywie, czyli Damiana Patoki, przystąpili do meczu zawodnicy Mikstury, a podejmowali oni zespół "Azera", czyli Tomka Toczyłowskiego, FC Śmieci. Nieobecność czołowego napastnika nie była zbyt widoczna, gdyż rolę naczelnego egzekutora bardzo szybko przyjął Rafał Jochemski. Właśnie ten zawodnik otworzył wynik spotkania i wydawało się, że Mikstura zaczyna swój koncert, jako zdecydowany faworyt spotkania. Nieco na ziemię sprowadził ich Łukasz Fabrycki, który po ładnej akcji zaskoczył Cezarego Kubalskiego i i wyrównał wynik meczu. Jeszcze przed gwizdkiem kończącym pierwszą część spotkania sprawy w swoje ręce, lub raczej nogi, wzięli Patryk Zych i Piotr Stefaniak, po bramkach których pierwsza odsłona zakończyła się wynikiem 3:1. Świetnie w rozgrywaniu radził sobie wspomniany Patryk Zych, który poza jednym trafieniem, aż czterokrotnie podawał kolegom z zespołu, po czym oni umieszczali piłkę w siatce. Najczęściej zawodnikiem wykańczającym akcje był Rafał Jochemski, który poza jedną bramką w pierwszej połowie, w drugiej aż trzykrotnie pokonywał bramkarza Śmieci. Do strzeleckiej imprezy postanowił dołączyć Adrian Dąbrowski, o honor gości w drugiej odsłonie zadbał kaptan zespołu, wspomniany wcześniej "Azer", który swoją bramką ustalił wynik spotkania n 7:2 dla Mikstury.

"Sebastian Żółkowski - zapamiętaj to nazwisko". Takie hasło usłyszeliśmy w meczu Przypadkowych Grajków z liderem IV-ligi, Aleją Seksu i Biznesu. A miało to miejsce w momencie, gdy asystował przy pierwszej bramce swojego zespołu, stawianego jako zdecydowanego faworyta tej potyczki. Gola otwierającego wynik spotkania zdobył Maciek Jambor i można było odnieść wrażenie, że wszystko idzie zgodnie z przewidywaniami. Bramkę Maćka Krupińskiego na wyrównanie potraktowaliśmy nieco jak wypadek przy pracy, gdyż jeszcze przed przerwą po golach Sebastiana Żółkowskiego i Łukasza Puki mieliśmy dwubramkowe prowadzenie Alei (1:3). Chyba nikt, kto w sposób chłodny i analityczny podchodzi do typowania wyników meczów nie mógł przypuszczać, że druga połowa to będzie istny thriller, a głównymi jego bohaterami będą zawodnicy Grajków. Najpierw ciśnienie krwi rywalom podnieśli Jan Wojtyczek i Mariusz Grzybowski, którzy w zaledwie minutę doprowadzili do wyrównania. Po raz kolejny kunszt strzelecki pokazał Łukasz Puki, wyprowadzając gości na prowadzenie (3:4), ale od tego momentu na murawie zaczęły dziać się cuda. Najpierw z równowagi został wyprowadzony golkiper "Seksu i Biznesu", który wyraźnie dał do zrozumienia, że postawa jego kolegów w defensywie przestaje być śmieszna, a zaczyna robić się niepokojąca. I miał rację. Skazywani na pożarcie gospodarze pokazali, że nikt nie jest im straszny i przeprowadzili trzy naprawdę składne akcje, których kreatorami byli Mariusz Grzybowski oraz Piotrek Pieńkowski, a skutecznym wykończeniem popisali się kolejno: Maciejk Krupiński, Krzysiek Falkowski oraz Michał Szeniawski, którego trafienie ustaliło wynik spotkania na 6:4. Trzeba przyznać, że determinacja i wola walki o punkty zespołu Czarka Klimkowskiego to kwintesencja piłkarskich 6-tek. Gratulujemy postawy oraz wiary w zwycięstwo do końca !

Dość łatwe zwycięstwo odnieśli zawodnicy Melodramatu w starciu z NAF Gendusiem, jednak na dobre zespół Bartosza Figata rozkręcił się dopiero w drugiej części. Strzelanie rozpoczął Piotr Bors który w całym meczu zdobył aż 5 bramek. W pierwszej części na trzy trafienia gospodarzy, Genduś odpowiedział jedynie bramką Tomasza Nestorowicza. Ciężkie życie miał Michał Ochocki którego przykrył Piotr Parol . Kapitan Gendusia zazwyczaj potrafi stworzyć sobie dogodną sytuację poprzez wygranie fizycznej walki, jednak w starciu z tym obrońcą tak łatwo nie miał. Istną kanonadę zobaczyliśmy na 10 minut przed końcem, podczas których padło aż 7 bramek! Widać było że im bliżej końca meczu przerwy między formacjami się powiększały, a zawodnicy mieli coraz więcej miejsca. Ostatecznie Melodramat wygrał 11-3 i dzięki temu zwycięstwu powoli zbliża się do środkowej strefy i traci już tylko 1 punkt do swojego ostatniego rywala – Gendusia.

Ostatnia niedziela zdecydowanie należała do zawodników w żółtych koszulkach. Stawiany w roli absolutnego faworyta Lujwaffe Tarchomin podejmował przyodzianych w taki właśnie kolor graczy FC Radość. Zawody rozpoczynają się zgodnie z oczekiwaniami, czyli od szarży "Lujów", która dość szybko przyniosła efekt w postaci gola Mikołaja Wysockiego. Chwilę później oglądaliśmy akcję, którą śmiało mogli by puścić w głównym wydaniu "Wiadomości" jako info dnia. Po fantastycznej paradzie Aleksa Janickiego, gospodarze wyprowadzili kontrę, w której piłka chodziła jak po sznurku i byliśmy przekonani, że za chwilę będzie 2:0, jednak piłka po strzale jednego z napastników trafiła w poprzeczkę i odbiła się na linii bramkowej, po czym wyleciała na zewnątrz. Słowa niestety nie opiszą tej sytuacji w 100%, jednak nie było na Arenie Picassa osoby, która by nie złapała się za głowę. Co się odwlecze to nie uciecze: Marcin Konopka, Miłosz Majewski oraz Maciek Benda - bramki tych zawodników wyprowadziły zespół z Tarchomina na komfortowe - mogło by się zdawać - prowadzenie. Przed przerwą nadzieję swoim kolegom dał jeszcze Daniel Makus i mieliśmy 4:1 dla gospodarzy. Chyba w przewie powoli zaczęli planować sobie plażowanie, gdyż to, na co pozwolili "Radosnym" w drugiej odsłownie, zasługuję na "pochwałę". Przypominamy, że prowadzili już 4:0 i utrzymanie takiego prowadzenia na ogół nie jest trudne. Nie tym razem. Nie wiemy, co wstąpiło w Daniela Makusa i jego kolegów, ale sam Daniel wszedł na zupełnie wyższy poziom. Najpierw asystował przy bramce Łukasza Wirskiego na 4:2, a potem sam trzykrotnie bezlitośnie wykorzystał błędy w obronie "Lujów". Zatem byliśmy świadkami totalnej remontady w wykonaniu FC Radości, a emocje w końcówce były tak ogromne, że sędzia dwukrotnie musiał sięgać po żółty kartonik. Bramkę na 5:6 dla gospodarzy zdobył jeszcze Miłosz Majewski, jednak na doprowadzenie do choćby wyrównania już zabrakło czasu, i to goście świętowali zdobycie kompletu punktów.

KS Iglica Warszawa podejmowała Zakon Bonifratrów. Czyli kolejne, nudne spotkanie w IV-tej lidze ? Nic podobnego! Ekipy z tego szczebla rozgrywkowego dostarczyły nam naprawdę ogromną dawkę emocji. Mecz zaczyna się zdecydowanie po myśli gospodarzy, którzy wykazywali bardzo dużo agresji i piłkarskiego cwaniactwa w grze. Na efekty nie czekaliśmy długo i już po kilku minutach mieliśmy stan 2:0 po dwóch bramkach Mateusza PIetrusińskiego. Chyba zawodnicy Iglicy poczuli się zbyt pewnie, gdyż po golach Jerzego Kurowickiego oraz Marka Konopko "Zakonnicy" wyrównali stan rywalizacji. W tym momencie zaczęły się nieco piłkarskie szachy i zespół KS-u nabrał nieco respektu przed rywalem. Nieco ostrożniejsza postawa zaowocowała ładną kontrą, którą skutecznie, tuż przed gwizdkiem kończącym pierwszą część spotkania, wykończył Maciek Dąbrowski, zamykając pierwsze 25 minut stanem 3:2. Tuż po wznowieniu do odrabiania strat rzucili się zawodnicy zespołu Adama Artypowicza i oglądaliśmy małe oblężenie bramki strzeżonej przez Bartka Kowalczyka. Forteca w końcu poległa, kiedy do piłki dopadł Marcin Stachacz, a jego strzał znalazł drogę do bramki oraz wyrównania. Ewidentnie rozwścieczyło to Michała Wszeborowskiego, który już w pierwszej kolejce dał się poznać jako zawodnik z bardzo dobrze ułożoną nogą i silnym strzałem. Nie inaczej było tym razem i nieupilnowany zawodnik, na kilka minut przed końcem, wyprowadził swój zespół na jednobramkowe prowadzenie (4:3). Ostatnie kilka minut mogło by posłużyć jako materiał do dokumentu o przyczynach zawałów serca. Najpierw niesamowitą paradą, po strzale główką, popisał się Adam Kolanowski, a następnie do wyrównania doprowadził drugi z braci Konopka - Łukasz. Ostatnie chwile to potężne natarcie Iglicy na bramkę "Zakonników", gdzie zawodnicy gospodarzy padali jak muchy zarówno w okolicach, jak i w samym polu karnym, jednak sędzia nie dopatrzył się tam faulu. Po końcowym gwizdku doszło do bardzo nieprzyjemnego incydentu, który opisaliśmy w "Plusach i minusach" kolejki, a zakończył się on trzema czerwonymi kartkami.

 

V LIGA

Ligowe zmagania rozpoczęliśmy od meczu OKSu Nowy Raków z ADP Wolską Ferajną II. Goście zmobilizowani po porażce w pierwszym meczu chcieli się odkuć, bo strata do liderujących Brazylijczyków zaczęła się niebezpiecznie powiększać. Nie trafili jednak na odpowiedniego na przełamanie przeciwnika, bo zespół Cezarego Dudka nie przegrał od 6 spotkań i nie zamierzał przerywać swojej passy. Podczas meczu widzieliśmy sytuację z obu stron jednak to OKS był bardziej skuteczny. Do tego musimy pochwalić postawę bramkarza Artura Macka który pewnie bronił, a bramki w pierwszej połowie stracił jedynie po rzucie karnym (bezsensowny wślizg obrońcy w polu karnym) i samobóju. Rzadko widujemy by bramkarz tak pewnie wyłapywał strzały, a do togo popisał się też kilkoma paradami. Do przerwy wynik brzmiał 3-2 dla OKS-u. Gracze ADP II próbowali odmienić losy meczu, ale popełniali zbyt proste błędy. Za dużo było indywidualnych zagrań przez co np. ostatni obrońca tracił piłkę, czego konsekwencją była stracona bramka. W ofensywie udało się graczom ADP minąć jednego, drugiego rywala, ale na kolejnym się kończyło. Lepiej jako drużyna wyglądał Nowy Raków, górowali przede wszystkim fizycznie nad młodą ekipą gości. ADP spada na 3 miejsce i musi się zastanowić jak wrócić do gry z jesieni, a OKS cały czas kontynuuje swoją serię i jeszcze namiesza w V lidze.

Po bardzo wysokiej formie zaprezentowanej w pierwszym wiosennym meczu, Landtech F.C. zdawał się być równorzędnym rywalem dla czołowej drużyny V-ligi, czyli zespołu Munja. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po 10 minutach były już trzy bramki przewagi dla....gospodarzy ! Sposób, w jaki piłkę rozgrywali zawodnicy "Techów" był imponujący, a ekipa Michała Bylinki, który tego dnia był niestety nieobecny, nie za bardzo wiedziała co się w ogóle wydarzyło. Warto dodać, że poza wspomnianym kapitanem, cały zespół stawił się raczej w silnym zestawieniu. Dopiero przy wspomnianym wyniku nieco obudził się Michał Sztajerwald, strzelając bramkę. Ta jednak jeszcze przed przerwą znalazła odpowiedź i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 4:1. Ci zgromadzeni na Arenie Picassa widzowie, którzy myśleli, że Munja odpali w drugiej części, musieli podnosić szczęki z podłogi. Swoje popisy ofensywne kontynuowało trio: Damian Ciszek, Daniel Gałecki oraz Patryk Nowicki. Dwaj pierwsi to prawdziwi wirtuozi techniczni i przyznajemy, że kilkukrotnie, bawiąc się w polu karnym, ośmieszali defensywę i bramkarza gości. Trzeci z nich okazał się być doskonałym egzekutorem, gdyż skompletował tego dnia hat-tricka. Niestety zawodnicy Munji wypadli dość blado na tle rywali, co zaskakuje, gdyż uchodzą za naprawdę mocny zespół. Dodatkowo mogą mówić o sporym pechu przy wykańczaniu akcji, gdyż kilka z nich było naprawdę fajnie rozegranych, jednak ciężko zliczyć, ile razy obijali słupek bądź spojenie. Co do Landtechu - jeżeli będą kontynuować taką grę, śmiało można na nich stawiać jako faworyta do zajęcia podium.

Nie zwalnia tempa zespół braci Volin, czyli białoruski Compatibl, który w minioną niedzielę starł się z najbardziej międzynarodowym zespołem Ligi Fanów, czyli Orłami Zabraniecka. To miano przypadło gościom, gdyż w ich składzie, poza Polakami, występują: Anglik, Portugalczyk, Włoch oraz zawodnik z Ukrainy. O tym, kto jest faworytem tego spotkania, bardzo szybko przekonaliśmy się jeszcze w pierwszej połowie. W zaledwie dwie minuty, do bramki gości trafił Anton Klymak. Trzeba przyznać, że napastnik Compatibl wyglądał na głodnego bramek i gdy tylko miał choćby pół okazji strzeleckiej, próbował swoich sił, nierzadko z efektami. Wynik pierwszej części spotkania ustalił Aleksandr Volin i mieliśmy 3:0. Obraz po przerwie niespecjalnie różnił się od pierwszej części spotkania. Dalej świetnie w ofensywie radził sobie Klymak, który dołożył jeszcze dwa trafienia, a w całym meczu skompletował ich cztery. Na listę strzelców wpisywali się jeszcze Andrii Hrynda oraz Vlad Jarmolenko. Bardzo miło oglądało się radość z bramki zdobytej przez tego drugiego - euforia w czystym wydaniu ! Orły, z mocno podciętymi skrzydłami, zdołały jednak przełamać strzelecką niemoc, a autorem gola był pochodzący z Półwyspu Iberyjskiego Tiago Silva. Asystował mu David Swanwick, także widzieliśmy w skutecznej akcji kolektyw portugalsko-angielski. Niemniej, dominacja gospodarzy była absolutna i bez cienia wątpliwości to oni zasłużyli na wygraną. Wynik końcowy to 7:1.

W starciu lidera V-tej ligi, czyli Furduncio Brasil F.C z aspirującymi do miana najsympatyczniejszego zespołu całej Ligi Fanów, czyli Pogromcami Poprzeczek, oglądaliśmy nie lada spektakl. Nie wynikał on co prawda z wyrównanej walki, ale działo się sporo. Na początek, słowa pochwały dla gospodarzy, którzy mimo, iż ich rywale z Brazylii przyjechali na mecz w zaledwie pięcioosobowym składzie, zdecydowali się wpuścić na plac równą ilość zawodników. Karma chyba do nich wróciła, gdyż sami nie dowierzali, że trzeba było czekać aż do 3-ciej minuty spotkania na otwarcie wyniku. Wtedy jednak na dobre rozstrzelał się Rafael Andrade, który w całym spotkaniu zdobył - uwaga - 16 bramek !! Odpowiedzią na taką dyspozycje w ofensywie "Canarinhos" był Mateusz Niewiadomy, który w pewnym momencie skrócił dystans dzielący oba zespoły do dwóch bramek (1:3), ale najwyraźniej rozwścieczyło to gości i postanowili zdobyć kolejnych 12 bramek z rzędu. Bawili się oni dobrze do tego stopnia, że w pewnym momencie ich nominalny bramkarz - Wille Olvedo - postanowił zamienić się z zawodnikiem z pola pozycjami. Tam też sobie radził nieźle, gdyż dwukrotnie asystował przy bramkach kolegów, a raz nawet udało mu się samemu skutecznie wykończyć akcję, czego efektem była wielka euforia Kolumijczyka. Na wyróżnienie zasługują także Ismiley Maia (8 asyst oraz 2 bramki) oraz Rafael Araujo (5 asyst i hat-trick). Wynik końcowy 3:23, a więc notujemy niebywałą regularność zespołu Tomka Mazura, gdyż w pierwszej kolejce również 23-krotnie piłka wpadała do ich siatki. Tak trzymać!

Starcie Alfy z Green Teamem zapowiadało się na wyrównany pojedynek, gdzie zadecydować może jedna bramka. Ku naszemu zaskoczeniu szybkie tempo meczu zostało narzucone już od pierwszego gwizdka. Akcja przenosiła się jednej bramki pod drugą. Strzelanie rozpoczęła Alfa jednak po chwili znów był remis. Jeszcze przed zmianą stron ekipa Artura Jurka wyszła na prowadzenie czego wynikiem było skromne 2:1 na tablicy. Po uzupełnieniu płynów przypomniał w drugiej odsłonie o sobie Daniel Kurowski. W krótkim odstępie czasu dwa razy pokonał bramkarza rywali. Gospodarze nie dawali za wygraną i znów wyrównali by po chwili odzyskać ponownie prowadzenie. Końcówka była mocno emocjonująca. Green Team stawia wszystko na jedną kartę ostrzeliwuje bramkę Adama Tomaszewskiego, ale nie udaje się zdobyć choćby punktu. Z perspektywy całego meczu remis byłby sprawiedliwy ,lecz tym razem to gospodarzom udaje się zdobyć komplet punktów.

Derby Lasu na zakończenie zmagań na Grenady przyniosły nam tym razem nie lada emocje. Poprzedni mecz na jesieni gładko wygrali goście. Teraz byliśmy pewni że tak łatwo nie będzie i mieliśmy racje. Początek zwiastował powtórkę z pierwszej rundy, bo ekipa Tartaku prowadziła już 3:0 , ale Drewno strzeliło gola kontaktowego jeszcze w pierwszej części. Ktoś może pomyślał że to będzie tylko honorowe trafienie. Po przerwie role się odmieniły. Maszyny w Tartaku stanęły, a Polskie Drewno zaczęło strzelać bramki. Szczególnie dobrze prezentował się Karol Urbańczyk , który co i raz niepokoił obronę gości. Gdy drewno strzeliło bramkę na 4:3 już odhaczaliśmy nasz typ. Jednak niezawodny Łukasz Łukaszewicz ratuje w końcówce remis. Derby Lasu wypadły bardzo okazale. Dobry mecz ze zwrotami akcji trzymający w napięciu do samego końca.

 

Jako pierwsze z ekstraklasy na boisko wybiegły ekipy Górki i Moczymord. Patrząc na składy obu ekip to widać było kilka absencji po obu stronach. Brak etatowego bramkarza czy choćby Konrada Litwiniuka, który często stawał miedzy słupkami był sporym utrudnieniem dla taktyki gospodarzy. Goście szybko zaczęli budować swoją przewagę i na bramki nie musieliśmy długo czekać. Do przerwy mamy 3:0 i wydaje się, że wszystko jest pod kontrolą graczy z Mokotowa. W pierwszej odsłonie mieliśmy też jedną kontrowersję. Po rzucie z autu padła bramka autorstwa Roberta Kuleszy. Jak się okazuje, sędzia nie zauważył że zawodnik Moczymord wrzucił piłkę z boiska, co spowodowało trochę nerwowości w szeregach Górki, która nie mogła pogodzić się z tym, że sędzia był zasłonięty przez zawodników i popełnił taki błąd. W drugiej połowie mamy gola kontaktowego dla Górki i jeszcze co najmniej dwie dobre sytuacje dla gospodarzy, aby odwrócić wynik. Adam Rutka jednak w tym sezonie pokazuje ,że jest pewnym punktem swojej drużyny i więcej razy nie dał się zaskoczyć. Moczymordy wygrywają, choć ich gra nie była rewelacyjna, ale być może optymalna forma przyjdzie na najważniejsze mecze w sezonie. Górka nadal czeka na pierwsze zwycięstwo w sezonie…

 

Większych emocji nie mieliśmy w starciu Przełomu z Turem Ochota. Dość szybko goście pokazali, że będzie to mecz do jednej bramki. Praktycznie każdy błąd rywala bezlitośnie wykorzystywali napastnicy Tura, od samego początku pokazując kto jest lepszy na boisku. Do przerwy mamy 0:6. Po zmianie stron, mając mecz pod całkowitą kontrolą, goście spuścili trochę z tonu. Ich akcje często kreował bramkarz Paweł Wysocki, co pozwoliłogospodarzom zdobyć po kontrach bądź po składnych akcjach i strzałach do pustej bramki, cztery gole. Na inaugurację  ekipa Konrada Kowalskiego zdobywa trzy punkty i tak naprawdę czekamy na przeciwnika ,który zweryfikuje formę obecnego lidera. Przełom ma kilku nowych zawodników i ciężko powiedzieć na co stać tą drużynę. Na tle utytułowanego przeciwnika wypadli blado, ale niewykluczone, że jeszcze w tej rundzie faworytom punkty zabiorą.

 

Jednostronnie wyglądał pojedynek GS Zabrodziaczka z East Windem.  Mieliśmy nadzieję że gospodarze nawiążą walkę, tym bardziej że na Grenady pojawili się w szerokim składzie. Na ich nieszczęście okazało się, że goście są w znakomitej formie i dość szybko pokazali im, że nie ma dla nich innej możliwości jak komplet punktów w tym meczu. Bardzo dobre zawody zagrał kapitan Sebastian Dąbrowski ,który harował zarówno w defensywie jak i ofensywie. Korzystnie zaprezentował się także Maks Himel ,który szybkością gubił rywali i stwarzał dobre okazje dla swoich kolegów. Do przerwy mamy wynik 1:5. Po przerwie dominacja gości była jeszcze większa i ostatecznie zakończyło się na dwucyfrowym wyniku. GS próbował stwarzać sobie sytuacje ,lecz często przegrywał pojedynki z rywalami i widać było, że przygotowanie fizyczne, szybkość i technika na wyższym poziomie jest u graczy East Windu.  Gospodarze muszą się najprawdopodobniej skoncentrować na walce o utrzymanie w lidze, a goście zapewne powalczą o medale.

Niezwykle ważny w kontekście walki o czołowe lokaty był pojedynek Kebavity z Anonymmous. Pamiętamy z jesiennej potyczki, że gospodarze grali bez bramkarza ,a na domiar złego po czerwonej kartce musieli grać w osłabieniu. Przegrali  i teraz chcieli się zrewanżować. Mając chyba najlepszy skład w tym sezonie, szanse na komplet punktów były duże, tym bardziej, że goście nie mieli kilku podstawowych zawodników. Brak chociażby Michała Głębockiego, jednego z najskuteczniejszych zawodników, na pewno nie pozwalał optymistycznie patrzyć na taktykę meczową. Szybko swoje umiejętności pokazał na placu Adnan Fheelbum ,który swoją techniką powodował chaos w szykach obronnych Anonimowych. Kluczowa akcja w meczu ma miejsce przed końcem pierwszej połowy. Kebavita wykonuje rzut wolny, po którym sędzia dyktuje rzut karny za zagranie piłki ręką. Nie mogący się pogodzić z tą decyzją gracz Anonimowych rzuca pod adresem sędziego różne słowa, delikatnie mówiąc, rozgoryczenia, za co dostaje czerwoną kartkę i osłabia swój zespół. Więcej o tym zdarzeniu pisaliśmy w artykule „Plusy i Minusy”. Pewnie wykorzystany karny i mamy 3:0. Po zmianie stron i po odbyciu 10 minutowej kary za czerwoną kartkę, Anonimowi grają lepiej, strzelają gole, ale jak się okazało, dwie bramki Konrada Kozłowskiego były honorowymi trafieniami. Kebavita wygrywa i zgłasza akces do walki o podium. Anonimowi też nie stracili szans na medale, więc wszystko dla obu ekip jest jeszcze możliwe w tym sezonie.

 

W zapowiedziach pisaliśmy, że Mocno Wola na pewno będzie walczyć do końca sezonu z każdym i Wilanów w niedzielne popołudnie przekonał się, że z teoretycznie słabszymi drużynami z dołu tabeli też można nieoczekiwanie stracić punkty. Z wielkich wzmocnień zapowiadanych przez gości nie pojawił się nikt, kogo nie widzielibyśmy w rundzie jesiennej. Za to Wola dysponowała składem, który tylko raz pojawił się w poprzedniej rundzie i wygrał mecz z Anonimowymi. Początek niezwykle wyrównany. Naprawdę, patrząc na to spotkanie nie widać było, że te ekipy dzieli taka duża różnica punktowa. Na prowadzenie po piekielnie silnym i precyzyjnym strzale Piotra Krawczyka wyszedł Wilanów. Taki też wynik utrzymał się do przerwy. Po zmianie stron gospodarze coraz groźniej atakowali i dążyli do wyrównania. Po znakomitej dwójkowej akcji Kielak – Cuch, gdzie ci zawodnicy rozklepali całą obronę rywali mamy wyrównanie. Po chwili za sprawą Cezarego Przybylaka mamy prowadzenie Mocno Woli. Dosłownie w ostatniej akcji meczu, niezawodny Piotr Krawczyk, podaje do napastnika Wilanowa i mamy remis. Z perspektywy całego meczu sprawiedliwy. W końcówce meczu nie obyło się bez kontrowersji. W polu karnym trącony przez bramkarza był Michał Kielak. Sędzia jednak nie zdecydował się wskazać na wapno, być może dlatego, że mimo kontaktu z zawodnikiem drużyny przeciwnej Michał ma tendencje do upadania w sposób nie wyglądający z boku naturalnie, czym często powoduje że gwizdek sędziego milczy. Wilanów zawodzi, a Mocno zagrała jak najbardziej na plus, oby tak przez całą rundę.

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
2 0

EKSTRAKLASA

Wybierz kolejkę:
0 1

I LIGA

Wybierz kolejkę:
2 0
Wybierz kolejkę:
2 1
Wybierz kolejkę:
1 0
Wybierz kolejkę:
2 2
Wybierz kolejkę:
1 0

VI LIGA

Kolejka 1

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi